Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2013

Ulubione kosmetyki maja 2013.

Będzie jeden zapach, dwie rzeczy w kolorówki i trzy kosmetyki z pielęgnacji.


The Body Shop Body Mist o zapachu Moringa.
Mgiełka do ciała jaką kupiłam około roku temu. Służyła mi w zeszłe lato, potem używałam od czasu do czasu. W maju ponownie do niej powróciłam i chyba nie było dnia kiedy bym jej w tym miesiącu nie użyła.


Bardzo ładny szklany flakonik. Obłędny zapach. Niezwykle poprawia mi nastrój. Woń jak na mgiełkę utrzymuje się naprawdę długo. Nie radzę aplikować produktu dużo, gdyż jest trwały i całkiem mocny. Wydajność niesamowita. Dostępna jest w wielu innych kuszących odmianach. Ale jak na razie zapachów u mnie pod dostatkiem, więc nic nowego nie kupuje. Moringę polecam bardzo!

Sleep MakeUp Face Form w kolorze Fair 372.
Paletka do konturowania twarzy. Mamy w niej matowy bronzer, rozświetlacz i róż.
Nie jestem wcale wielką fanką tej marki, ale to trio niezwykle polubiłam. Mam go prawie 2 m-ce i używam często. Zabrałam ten kosmetyk w podróż do USA i dzielnie mi służył. Na wyjazdach sprawdza się wybornie. W jednym pudełeczku mamy 3 kosmetyki. Oszczędność miejsca i wagi ogromna. Opakowanie mocne, dobrze wykonane. Super, że zawiera całkiem spore lusterko. Polecam także do torebki.



Jestem zaskoczona jakością bronzera. Świetnie się rozprowadza, ma bardzo ładny kolor i jest trwały. Ciężko nim zrobić sobie krzywdę. Plus także za jego matowość.
Zachwycił mnie też rozświetlacz. Zero brokatu, drobinek itp. Prawdziwa piękna satyna, poświata eleganckiej tafli bez domieszek koloru różu, beżu czy żółci. Moim zdaniem dla każdego.
Róż też jest bardzo fajny, ma drobinki i ładny kolor. Choć dwa pierwsze elementy trio bardziej mnie urzekły.
Biorąc pod uwagę cenę kosmetyku to jakość świetna!


Korres Zea Mays Blush w kolorze 18 Peach.
To jest mój hicior od 1,5 miesiąca. Jestem w nim zakochana. Róż idealny. Zdjęcie nie do końca oddaje jego prawdziwy kolor. Z racji cery mocno naczynkowej nie każdy róż dobrze wygląda na moich polikach. Ten niezwykle mi pasuje. Rozprowadzanie to bajka. Miękki, aksamitny. Nie da się nim porobić plam. Znakomicie można dozować intensywność barwy. Nie ma drobinek, ale tworzy przepiękną delikatną, idealnie satynową poświatę. Wykończenie wymarzone - jedwabiste. Trwały. Nie wymaga poprawek w ciągu dnia. Nawet sam bez niczego więcej na twarzy czyni całą "robotę". Buzia zyskuje młodość, blask, rozświetlenie i cudne obudzenie. Gdy mam go na sobie dostaje wiele pytań w rodzaju: Co tak dziś świeżo i pięknie wyglądasz?:)



Świetne jakościowo opakowanie z lusterkiem. Dobry naturalny skład. Kupiłam go okazyjnie na Truskawce za około 37 PLN. Warto tam polować na markę Korres. W Polsce w Sephora róż ten z tego co się orientuje kosztuje ok. 140 PLN, jak nie więcej. 
Postaram się jak najszybciej zrobić lepsze zdjęcia kolorystyki i swatche i zamieścić je w osobnym poście.



Mythos Relaxing Foot Cream.
Krem do stóp z masłem oliwkowym, kakaowym i shea. Od ponad miesiąca aplikuje go co noc i także od czasu do czasu na dzień. Bardzo dobrze nawilża i świetnie dba o stopy. Podtrzymał na długo efekt gładkości stóp po azjatyckim peelingu z kwasami, jaki recenzowałam parę dni temu >>. Używam stale, a końca nie widać. Nie tłuści i wchłania się błyskawicznie. Lubię gładzić sobie nóżki jedną o drugą, gdy go użyję:) Miłe uczucie. Najbardziej cenię ten krem za to, że faktycznie zgodnie z obietnicami bardzo relaksuje. Nie wiem jak on to robi, ale po całym dniu kiedy nakładam go na stopy, czuję jakbym zdejmowała z nich całą ciężkość doby. Nogi od razu robią się lżejsze i wypoczęte. Uwielbiam to uczucie! Zauważyłam też, że tonizuje skórę, odświeża. Koi i przyspiesza gojenie ranek np. w wyniku jakiś otarć. 
Jedynym minusem jest zapach. Dość kamforowy, niezbyt miły, ale odczuwalny tylko przy nakładaniu. Potem zupełnie neutralny.


Korres Quercetin & Oak Antiageing & Antiwrinkle Night Cream.
Krem na noc mający zadanie walczyć z pierwszymi zmarszczkami, przeciwdziałać powstawaniu nowych. Ma zapewniać elastyczność, sprężystość, jędrność i blask. Oparty jest na ekstrakcie z kory dębu. Podobno udowodnionej klinicznie naturalnej alternatywie dla retinolu. Poza tym zawiera olejki: granatu, jojoba i z winogron. Prawie w 97% jest kosmetykiem naturalnym.
Moja opakowanie to mniejsza wersja 20 ml z zestawu kilku kosmetyków tej serii kupionego okazyjnie na wspomnianej wyżej Truskawce. Pełnowymiarowy słoiczek ma chyba 40 ml.
Krem wyjątkowo podpasował mojej skórze. Widzę efekty jego stosowania. Skóra jest bardziej elastyczna, jędrna, jaśniejsza. Rano świetnie wypoczęta, pełna energii i dobrze odżywiona. Bez tłustości czy zaczerwienień do jakich mam skłonność. Zmarszczki mimiczne wygładzone, jakby wypełnione czymś i przez to mniej widoczne:) 
Produkt bardzo wydajny, ładnie lekko pachnie jakby mlekiem z migdałami. Nie jest tłusty czy ciężki. Nie wchłania się super błyskawicznie, ale bynajmniej nie ma z tym tragedii. Wiele razy użyłam go także na dzień pod makijaż i również się sprawdził, choć trzeba trochę poczekać zanim nałoży się podkład czy puder. Z całą pewnością kupię pełnowymiarowe pudełeczko, jeśli tylko upoluję w okazyjnej cenie.
Posiadam także serum i krem pod oczy z tej serii, ale jeszcze nie otwierałam.


 Olejek tamanu EKO.
Mój akurat pochodzi z Biochemii Urody. Wiele razy pisałam o tym specyfiku w różnych postach. Od kilku lat niezbędnik w moim domu. Uwielbiam jego orzechowy zapach. W maju wyjątkowo często był przeze mnie używany. Przydał się na urlopie. Rewelacyjnie przyspiesza gojenie wszelkich zadrapań, ran mniejszych i większych. Polecam na oparzenia słoneczne i inne np. po żelazku czy piecyku (przetestowałam wszystkie te ewentualności na sobie:)). Otarcia na stopach, krostki na twarzy znikają po nim migusiem. Sprawdza się na zadarte skórki przy paznokciach, pryszcze, rany na ustach np. po opryszczce czy na pęknięcia ust lub tzw. zajady.
Ostatnio czesząc się przejechałam sobie paznokciem przez pół szyi. Nie wiem jak to zrobiłam, ale wyglądałam jakby ktoś chciał mi podciąć gardło:) Szybka aplikacja na noc olejku tamanu i po 2 dniach praktycznie zero śladu. Tani, skuteczny i uniwersalny. A i łagodzi ukąszenia po komarach i innych insektach. Przyspiesza znikanie bąbli. Polecam również dla dzieci.


  Podzielcie się proszę opinią o tych kosmetykach, jeśli miałyście okazję je używać. Chętnie też poznam Waszych ulubieńców maja.

Do miłego:)
Magda

PS. Wczoraj uzupełniłam zakładkę Sprzedam o wiele kosmetyków. Zapraszam do zajrzenia. Może coś Was zaciekawi?



wtorek, 26 marca 2013

Prawdziwy brudny róż typu nude. L'Oreal Blush True Match Rose Nude/Nude Pink nr 125. Recenzja.

Ten róż zainteresował mnie po obejrzeniu jakiś czas temu filmiku z kanału na YT MakijazeKasiD. Kasia zamieściła go w ulubieńcach grudnia 2012. Obje mamy cerę mocno naczynkową, dlatego często rekomendacja Katarzyny odnośnie doboru odpowiedniego różu do policzków, jest dla mnie strzałem w 10! Tu także tak było. Pewnie sama bym tego kosmetyku nie odkryła. Przyznam, że jakoś nie specjalnie interesowały mnie do tej pory róże z L'Oreal. Zupełnie niesłusznie. 

Mowa dokładnie o L'Oreal Blush True Match w odcieniu Rose Nude/Nude Pink nr 125.


Kolor jest dokładnie taki jakiego od dawna szukałam. Prawdziwy brudny róż, idealny do makijaży nude i jasnej karnacji. Wyborny jeśli macie problemy z rumieniem czy naczynkami na policzkach. Nie podbija czerwoności na twarzy.
W przypadku ciemnych karnacji może być zupełnie niewidoczny. Ale przy jasnej subtelny kolor jaki daje jest piękny i elegancki.


Przyglądałam się mu kilka razy w drogeriach, ale przyznam, że skąpiłam by wydać na niego ok. 50 PLN (tyle mniej więcej kosztuje bez rabatów). Kusiła mnie też promocja w Hebe 40% taniej na kolorówkę, ale jednak w najlepszej cenie dorwałam go na Allegro. Kosztował wraz z przesyłką 21-22 PLN. Był oczywiście nowy i zafoliowany.

Ostatnio bardzo gustuje w takich odcieniach na twarzy i stonowanych kolorach. Szaleje także na punkcie szminek i błyszczyków o takiej tonacji.


Ma bardzo zgrabne małe, lekkie opakowanie. Idealne w podroż czy do torebki. Posiada lusterko i pędzelek. Tego drugiego jednak zupełnie nie używam, jak dla mnie za twardy i słaby. W sytuacjach awaryjnych natomiast może okazać się przydatny.

 

To połączenie brudnego różu, lekkiej poświaty brązu i odrobiny fioletu. Przynajmniej ja to tak widzę:)


Rozprowadza się miękko, bardzo łatwo. Nie sposób zrobić sobie nim krzywdy. Nie tworzy plam i idealnie rozciera. Możecie stopniować bez trudu jego intensywność. Jeśli dopiero zaczynacie przygodę z różem to polecam. Oczywiście dla doświadczonych dziewczyn w makijażu również to będzie dobry wybór.

Trzyma się bez zarzutu cały dzień. Nie miałam jednak jeszcze okazji testować go w wysokich temperaturach.
Nie zawiera brokatu czy drobinek. Nie jest też czysto matowy. Na skórze tworzy satynowy efekt z lekką poświatą odbijającą światło. Dla mnie super! Naturalny, bardzo dziewczęcy i promienny. Cała twarz od razu zyskuje świeżość i takie naturalne obudzenie. Przy tym nie jest tak, że policzki są mocno zaznaczone czy ostro podkreślone kolorem. Do makijaży dziennych, nude, make up no make up - znakomity!

Moim zdaniem można nim także spokojnie lekko wykonturować twarz, bez używania już bronzera. Szczególnie jeśli zależy nam w danym dniu na lekkim, subtelnym i prawie niewidocznym makijażu.


Podoba mi się wytłoczony kształt puzzla w kosmetyku. Oczywiście w miarę używania po czasie zniknie, ale aktualnie nadal trwa:) Sam róż jest jak do tej pory wydajny. Starczy mi pewnie na lata.

Nie wiem jak z jakością innych kolorów z tej serii, ale ten nr 125 polecam bardzo. Rzadko spotyka się taki kolor, a długo go szukałam. Zdaje sobie jednak sprawę, że nie jest on dla każdego. W opakowaniu może nie wydawać się za ciekawy, ale na policzkach naprawdę zyskuje.

Ktoś z was może posiada ten kolor? A może macie inne odcienie? Lubicie je czy średnio?

Magda

wtorek, 15 stycznia 2013

Benefit Sugarbomb. Prezentacja pudru/różu rozświetlającego.

 Około tygodnia temu zostałam pięknie obdarowana. Oba kosmetyki były na mojej wishliście. Zakup jednak zawsze odkładałam na bliżej nieokreślony czas. Tym bardziej niespodzianka niezwykle mnie ucieszyła. Była bez okazji i miała rozweselić mnie podczas męczącego przeziębienia. Kocham takie prezenty!



Dziś zaprezentuje na zdjęciach puder/róż rozświetlający Benefit Sugarbomb. Opowiem także o pierwszych spostrzeżeniach po kilku dniach testowania.
Kolejną notkę poświęcę korektorowi YSL Touche Eclat w odcieniu nr 2.



Pudełeczka Benefit pewnie większość z Was zna. Kolorowe, ładne i lekkie kartoniki o polu kwadrata.
Pojemność Sugarbomb to 12 g.

 

Etykieta i skład:


Zrobiłam kilka zdjęć z bliska byście dobrze zobaczyli, jak wygląda dokładnie opakowanie. Wiem bowiem, że na rynku jest bardzo dużo podróbek tej marki. Głównie sprzedawanych na aukcjach internetowych. Warto zatem nie naciąć się i wiedzieć jak wygląda oryginał.



Kartonik jest bardzo schludnie wykonany. Obklejony lekko połyskliwym, kolorowym papierem. Nowa wersja ma klapkę, otwiera się jak jak puderniczka. Posiada praktyczne lusterko. Wewnątrz znajdujemy zapakowany w folię pędzelek, oddzielony od pudru przezroczystą plastikową wkładką, chroniącą kosmetyk.
Starsza wersja ma tradycyjnie zdejmowane wieczko, nie ma lusterka.

Pędzelek nie jest tragiczny, ale też nie żadne cudo. Gdzieś poza domem, awaryjnie do torebki w sumie może być ok. Białe włosie z czarną drewnianą mini rączką. Zdecydowanie wg mnie w aplikacji lepiej sprawdzą się osobne pędzle. Niestety nie jest też za miękki. Dla mnie zbyteczny.




Puder podzielony jest na 4 kolory. To mozaika brzoskwini/pomarańczu, lekkiego brązu, różu/fioletu, różu/łososia. W każdym świetle troszkę inaczej te kolory się prezentują. Nie jest łatwe też precyzyjne sfotografowanie tych odcieni. Nie do końca zatem sugerujcie się zdjęciami. Kolorówkę i tak zawsze należy sprawdzić na swoim odcieniu skóry na żywo. Już nie raz się przekonałam, że zdjęcie w necie nieźle kłamią:) Wiadomo świtało, ustawienia naszych monitorów i takie tam...Ale to już pewnie wiecie i Wy.

Światło dzienne:



Światło sztuczne:



Kolory można nakładać pojedynczo. Jednak trzeba by było to robić dość małym pędzlem, jeśli zależy nam na nabraniu tylko i wyłącznie jednego. Nie do końca jest to w sumie praktyczne, ale nie niemożliwe. Ja preferuje równe mieszanie wszystkich odcieni. Nasycenie można oczywiście stopniować lub dokładać tylko wybrany kolor. Np. ja czasem dokładam więcej pomarańczu, gdyż to akurat odcień pasujący dla mnie. Tak naprawdę każdego dnia możemy sprawić, że za pomocą tego jednego kosmetyku, nasze policzki będą wyglądały lekko inaczej. W zależności jaki odcień chcemy uzyskać. Dla mnie to super sprawa!

Poniżej poszczególne kolory naniesione grubo palcem na przegubie ręki. Nie roztarte! Trzeba wziąć też pod uwagę, że ja mam  bardzo jasny odcień skóry, a w tym miejscu to już zupełnie biały:)



Róż piękne rozświetla. Wg mnie to niezwykle eleganckie i długo poszukiwane przeze mnie rozświetlenie. Zero drobinek, brokatu czy czegoś w tym stylu. Kuli dyskotekowej brak. Nie jest to też taka lśniąca bardzo tafla. Dla mnie efekt znakomity. Pierwsze moje skojarzenie? Światło poranka:) Niezwykle dziewczęcy, subtelny, zdrowy.

Zrobiłam kilka zdjęć roztartej mieszanki w postaci paska na dłoni. Rozświetlenie jednak to efekt bardzo trudny do uchwycenia aparatem, szczególnie moim:(


Mam Coralistę z Benefit, ale na ten czas chyba Sugarbomb bardziej mi się podoba. Nie muszę już z nim sięgać po nic rozświetlającego. Zmęczona twarz bardzo szybko wygląda na świeżą, wyspaną, pogodną. Jeden produkt czyni w sumie całą robotę. Nałożyłam wczoraj krem BB, musnęłam policzki Sugarbomb, podkreśliłam oczy tuszem, ochronna pomadka i już. Makijaż gotowy. Twarz naprawdę wyglądała promiennie i nic jej nie brakowało.

 

Nie wiem niestety jak by się sprawdził na ciemnej karnacji. Może być za delikatny. Nad intensywnością koloru można jednak pracować, przez dokładaniu pudru. Ja mam cerę mocno naczynkową, skłonną do rumienia. Trudno znaleźć dla mnie dobry odcień blush'a, nie podkreślający jeszcze bardziej zaczerwienienia na twarzy. Preferuje tylko delikatne. Ten zgrał się z nią świetnie.

Sugarbomb można także nakładać jako cień na powieki. Mieszając lub stosując osobno każdy z kolorów. Pięknie może rozświetlić oko. Ja jeszcze tak go nie testowałam.

Brązowy odcień z mozaiki możemy zastosować, jako bronzer do konturowania, nadanie lekkiej opalenizny czy ocieplenia buzi lub/i szyi. Widzicie same zatem jak Słodka Bomba jest uniwersalna. Jedna kostka, a tyle zastosowań:)

Tu nałożyłam go troszkę mocniej:


Używam od kilku dni. Na razie bardzo go lubię, ale za wcześnie na pełną recenzję. Mogę tylko powiedzieć, że trudno nim zrobić sobie krzywdę. Jest delikatny, subtelny. dziewczęcy. Konsystencja - świetna, nakładanie - bezproblemowe. Trwałość cudowna, aż do demakijażu. Nie ściera się, nie osypuje. Choć całą noc jeszcze z nim nie balowałam:)
Wydaje się być bardzo wydajny. Zobaczymy jak będzie w praktyce. Coralistę i bronzer Hoola z Benefit mam wieki i jakby wcale nie znikały.

Postaram się za jakiś czas wykonać zdjęcia na policzkach. To jednak byłoby najlepsze. Dziś jednak foty twarzy kompletnie mi nie wychodziły. Nic nie było widać:(

W Sephora bez promocji kosztuje chyba ok. 149 PLN. Oczywiście warto kupować go tylko na dniach VIP.

Jak Wam się podoba? Może go macie? Jestem ciekawa waszych opinii.
Magda

środa, 11 kwietnia 2012

Zakupy/haul zbiorcze kosmetyczne z ok. 3 tygodni

Oto wynik moich kilku podejść do drogerii i innych sklepów kosmetycznych w ostatnich mniej więcej 3 tyg.:

 
Kolorówka:

1. Pomadka Mac Costa Chick - wykończenie Frost - 79 PLN
- chodziłam, chodziłam koło tej pomadki masę czasu, aż wreszcie zakupiłam; cudna jest!
 Na moich ustach wygląda tak:


2. Korektor Mac Studio Finish Concealer - w kolorze NC15 - 70 PLN/7g
- osławiony już od dawna, u mnie w rękach dopiero teraz:)

3. Pomadka Misslyn - w pięknym kolorze nude nr 298 - około 25 PLN
- mój pierwszy kosmetyk tej marki
- zachorowałam na nią po recenzji Aliny z http://brunettesheart.blogspot.com
- kupiona w małej zwykłej drogerii

4. Pomadka Celia z serii Nude - nr 602 - 12 PLN
- ostatnio ukochana i pięknie pachnie poziomkami, mimo że producent podaje, że to winogrona:)
- ponownie mała drogeria osiedlowa

5. Odżywka do rzęs Celia - żółta (jest kilka kolorów) - około 8 PLN/10 ml
- używam jej głownie do utrwalenia nieznośnych brwi, nic tak mi ich nie trzyma jak ona, choć to jeszcze nie jest pełnia doskonałości:)
- to już moje drugie opakowanie
- osiedlowa drogeria po raz kolejny:)

6. Pomadka Essence - Coralize Me nr 55 - ok. 8 PLN/4 g
- cudny koral, niesamowicie kremowa, za tą cenę rewelacyjna!
- drogeria Natura


6. Róż Yves Rocher - Jasna Morela nr 11 - był w promocji za 29,90 PLN/7 g
- także krążyłam w okół niego od kilku m-cy, promocja pomogła w podjęciu ostatecznej decyzji:)

7. Podkład Yves Rocher Niebrudzący 14 h - w kolorze Porcelanowy beż nr 100 - w promocji za 35,90 PLN/30 ml
- nie miałam podkładów tej marki, zachęcił mnie fakt, że nie brudzi i rekomendacja bratowej, która zużyła jego chyba z 4 butelki


Pielęgnacja:

1. Naturalna gąbka Konjak do demakijażu, oczyszczania i nawilżenia - nie mam pojęcia ile kosztowała:(
- do dostania w Rossmann

2. Dezodorant Malizia Green Tea - 9,99 PLN/100 ml
- mam słabość do wszystkiego co pachnie zieloną herbatą; poza tym to produkt jaki używałam lata temu i wzbudza we mnie miłe wspomnienia
- osiedlowy sklepik

3. Body Lotion Greenland - o zapachu mleka kokosowego z limonką - 100% naturalny - ok. 19 PLN/100 ml
- kupiłam go w drogerii Hebe, nie znałam wcześniej tej marki, skusiła mnie jego naturalność
- fajny ale szału nie ma, choć użyłam go dopiero parę razy
- świetny dozownik, dobry w podróż, wyjazd itp.
- niestety mało wydajny, a do tego nie tani jak za taką pojemność
4. Maseczka Dermo Minerały - redukująca trądzik - 100% natura - ok. 1,50 PLN/20 g (saszetka)
- nie znam tej marki, kupiłam maseczkę w Biedronce
- nie mam trądziku, ale zainteresowała mnie tym, że jest na bazie glinki
- ma zmniejszać łojotek, oczyszczać i działać antybakteryjnie
- nie używałam jeszcze, nie wiem jak się sprawdzi
- podzielona jest na 2 użycia

5. Olejek do kąpieli Marion - Energia SPA - 1,69 PLN/20 ml (saszetka)
- zawiera olejek mandarynkowy, cytrynowy i grejpfrutowy
- używałam wcześniej z tej serii antystresowego i był bardzo przyjemny
- występuje w 4 kompozycjach zapachowych
- sklepik na osiedlu obok domu

6. Żel pod oczy Avon z serii Planet Spa - z japońską sake i ryżem - 8,99 PLN/15 ml
- ciekawe czy to w ogóle sake widziało:)
- taki gadżecik, bo żeby to coś wielkiego robiło nam ze skórą pod oczami to niestety nie skłamię:)

7. Peelingujący żel do ciała Marion - zapach białej czekolady z pomarańczą - 4,89 PLN/100 ml
- lubię jego zapach, bardzo relaksujący
- nie jest to mocny peeling, ale mimo wszystko ładnie ściera naskórek
- mało wydajny ale za tą cenę raz na jakiś czas można spróbować
- są 4 różne zapachy
- osiedlowy sklep kłania się jeszcze raz:)

8. Peeling do stóp Avon - Limonka i mięta - 4,90 PLN/75 ml
- nie używałam jeszcze, skusiło mnie połączenie zapachowe:)

9. Peeling enzymatyczny Perfecta - wygładzający do skory wrażliwej i suchej - ok. 11 PLN/60 ml
- uwielbiam peelingi enzymatyczne, tego używam od 2 tyg. i naprawdę jak na razie jestem na tak
- tym razem Rossmann

10. Maska do włosów nawilżająca Alterra - granat i aloes - ok. 9 PLN/150 ml
- wszyscy ją chwalą, więc postanowiłam także jej spróbować; cena bardzo atrakcyjna, a do tego kosmetyk o dobrym składzie
- oczywiście Rossmann

11. Lotion/krem do rąk Royale Bouquet - zapach Vintage Rose - ok. 19 PLN/500 ml
- przyznaje poleciałam na opakowanie:), pięknie wygląda na mojej komodzie w starym stylu
- zapach róż też mnie uwiódł + praktyczna pompka:)
- kupiłam w drogerii Hebe



A i jeszcze krótka wzmianka o płatkach kosmetycznych.
Do tej pory ulubionymi i w dobrej cenie były płatki z Lidla.
Kupowałam je tonami przez ostatnie 2-3 lata. Jakiś czas temu jednak podpadli. Zmienili coś w nich i są do niczego.
Rossmannowe mi też nie pasują. Inne w jakich kosmicznych cenach.
Przerzuciłam się zatem na Biedronę - płatki Carea. Te zwykłe niebieskie były do tej pory ok, aloesowe także uszły.
Ale odkryłam trzeci rodzaj - fioletowych. Są super! Najlepsze z tych 3 biedronkowych. Może Wy już je znacie, ale ja ich wcześniej nie wiedziałam. Dla mnie to zatem nowość.

 


Niezwykle miękkie, tanie, nie rozdwajają się. Bardzo ok. Polecam!


Jeśli jakieś produkty interesują Was szczególnie, mówicie:)
Mogę zrobić recenzję, swatche kolorów itd.

Do następnego razu!
Magda