Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perfumy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perfumy. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 kwietnia 2016

Denko kolorówki i zapachów. Korres, Maybelline, Eveline, Rival de Loop, Wibo, Inglot, L'Oréal, Nyc Cosmetics, Lolita Lempicka, Nicole Cosmetics.

Kolorówka i perfumy zawsze zużywają się powoli. Udało mi się "zdenkować" kilka kosmetyków z tych kategorii i dziś je recenzuje. 


Kupiłam za grosze na Truskawce. To było wieki temu. Najpierw mi się nie spodobał. Kolor bardzo ok, typowo jasno beżowy, chłodny, bez żadnych domieszek różu czy żółci. Trafiony. Uniwersalny. Niestety był widoczny na skórze i słabo kooperował z moim ówczesnym podkładem. Puderniczkę odłożyłam na kilka m-cy do szuflady. Po czasie zupełnie zmieniłam zdanie. Pewnym produktom warto dawać drugą szansę. Nie wiem czy to kwestia innego fluidu, kremu, pogody czy stanu mojej cery, ale przerwa dobrze pudrowi zrobiła. Okazał się dawać bardzo długotrwały mat. Cera zyskiwała ładne wykończenie i rozjaśnienie. Kamuflował widoczność porów, nie wchodził w zmarszczki, nie był widoczny, ujednolicał koloryt. Świetnie również wyglądał zaaplikowany na czystą skórę. Starczył na wieki i z żalem go wykańczałam. Plus również za solidne opakowanie z lusterkiem. Obecnie jest w czarnym pudełeczku. Zdecydowanie polecam! Jeden z lepszych jakie testowałam.


Inglot Pressed Powder.
Daaaaawny zakup. Dobierany z konsultantką w salonie Inglot. Jako puder na całą twarz - porażka. Stanowczo za ciemny i na dodatek z drobinkami, co dostrzegłam dopiero w domu. Osoba mi go polecająca wykazała się totalnym brakiem wiedzy i profesjonalizmu. Ja sama jeszcze wtedy miałam małe pojęcie o makijażu. Zużywałam jako bronzer w czasie lata do ocieplania twarzy i dekoltu oraz na większe wieczorne wyjścia w ciągu całego roku. Trwało to wieki, ale udało się niczego nie zmarnować. Koloru i dokładnej nazwy kosmetyku nie pamiętam, wszystko z tyłu się starło. Serii pewnie i tak już nie ma. Puder mimo, iż był w kamieniu, mocno się osypywał podczas nakładania. Nie był też trwały i potrafił tworzyć placki. Może niesłusznie, ale przez niego zraziłam się do pudrów Inglota i omijam je z daleka.

Rival de Loop Hydro Roll-on pod oczy z korektorem.
Nie spodziewałam się po nim za dużo, mimo to jestem rozczarowana. Lekki, nie robiący krzywdy, ale nie czyniący też za wiele. Nie mam dużych problemów z sińcami pod oczami, dlatego nie potrzebuje mocno kryjących korektorów. Ten miał być produktem na lato. Odrobinę zdejmuje z okolic oczu zmęczenie, chłodzi, ale kryje słabo, prawie wcale. Nie rozjaśnia. Mało komfortowo i nierównomiernie się rozprowadza. Potrafi tworzyć smugi. Jest bardzo rzadki jak woda i brzydko pachnie. Dawałam mu wiele szans, robiłam przerwy, wracałam i niestety nie podołał. W końcu minął termin ważności i poszedł do śmieci. Tani, ale nie warto wydawać na niego nawet najdrobniejszej sumy.


NYC Smooth Skin Bronzing Face Powder 720A Sunny.
Uwielbiam od lat. Znakomity. Jeden z najlepszych bronzerów jaki używałam. Zdecydowanie w pierwszej trójce. Szkoda, że niedostępny w Polsce. Idealnie się rozprowadza. Tworzy na skórze piękną poświatę. Nie znika, nie robi plam, jest naturalny, satynowy, bez żadnych drobinek. Twarz z nim wygląda na wypoczętą, zrelaksowaną, lekko muśniętą słońcem. Mało który bronzer daje na mojej jasnej karnacji z piegami i silnym rumieniem, tak pożądany efekt. Miękko się nakłada, a przy tym kompletnie nie pyli. Zdaje się nigdy nie kończyć. Lekkie opakowanie z lusterkiem można zabrać wszędzie. W USA jest tani i powszechnie dostępny. Kupiłam go tam na wakacjach. Wiem, że dostaniecie go również z Irlandii i być może w UK, ale tego nie jestem pewna. Pełen jego opis i zdjęcia znajdziecie w notce z ulubieńcami maja'14. Jeśli kiedyś uda mi się go dorwać, od razu biorę zapas kilku by starczył do emerytury:)


Polubiłam. Zmieniałam z innymi woniami, ale szczególnie latem i wiosną chętnie sięgałam po ten flakon. Klasyka perfum. Niby słodkie, a jednak orzeźwiające. Posiadają nietuzinkowe opakowanie nadgryzionego jabłka. Kojarzą się z zakazaną miłością, grzesznym uczuciem, czymś wymarzonym i niedościgłym. Pierwsze skrzypce gra tu fiołek, potem wyczuwany jest anyż, piżmo, migdał... To nie są moje ukochane perfumy, ale cieszę się, że je miałam. Miło wspominam. Warto powąchać zapach w perfumerii.

Nicole Cosmetics Woda toaletowa.
Dostałam ten flakon do testów, ale nie jestem zachwycona. Bardzo nietrwała woń. Na moim ciele w ogóle się nie utrzymywała. Ile by człowiek się nie spryskał, po godzinie efektów brak. Duża dawka alkoholu. Podczas aplikacji, aż raziło to w nos i oczy. Opakowanie mocno średnie. Ciężkie, nieeleganckie, kompletnie nie pasujące do perfum czy wody toaletowej. Nie będę udawać, że była ok i namawiać do zakupu. Znam sporo tanich, dużo trwalszych  i lepszych jakościowo wód toaletowych.


Przez lata zużyłam kilka opakowań. Tusz, który nigdy nie zawodzi. Lubię jego szczotkę, nasyconą czerń, szybką aplikację. Ładnie wydłuża i pogrubia rzęsy. Nie skleja ich. Efekt można stopniować nawet kilkoma warstwami. Nie rozmasuje się, nie kruszy. Żadna maskara nie starcza mi na tak długo jak ta. Lubię ją, ponieważ od pierwszego do ostatniego użycia zachowuje się tak samo dobrze i nie zmienia swoich właściwości. Regularnie do niej wracam. Często bywa na promocjach. Jeszcze nie raz znajdzie się w mojej toaletce. Żółte opakowanie pozwala szybko znaleźć kosmetyk w kobiecej torebce czy kosmetyczce, a przyznacie panie, że czasem to nie lada wyzwanie:)

Wibo Boom Boom Mascara.
Polecało ją wiele blogerek i youtuberek. Daje dramatyczne, wyraziste oko. Efekt na serio - WOW. Wysoki poziom wydłużenia i pogrubienia, piękne rozdzielenie. Przy moich naturalnie długich włoskach - wręcz widok sztucznych rzęs. Niestety wszystkie te plusy zniszczone zostają przez fakt, że błyskawicznie się rozmazuje i kruszy. 2 h i czerń migruje pod oko, nad oko, obok....wszędzie! Po dłuższym czasie sypie się jak szalona. Miało to miejsce podczas suchych dni. W deszczu, upale - panda gwarantowana w 20 minut. Kupiłam na promocji za około 5-6 PLN, nie mogę zatem marudzić, ale mimo wszystko nie daje jej swojej rekomendacji. Dla mnie podstawą jest, że maskara ma się trzymać cały dzień. Ja żyję, pracuję, spotykam ludzi, bawię się, wykonuje szereg różnych obowiązków, a nie spędzam dnia na oglądaniu swojej twarzy w lusterku puderniczki i poprawianiu makijażu co pół godziny. Litości!


L'Oréal Paris Colour Riche Lip Balm w kolorze 818 Nourishing Nude.
Żal się rozstawać. Wyborne masełko do ust o pięknym kolorze. Znakomite nawilżenie, delikatny połysk, błyskawiczna aplikacja. Odcień "lepszych" moich ust. Zdecydowane KWC. Używałam praktycznie każdego dnia i nigdy mnie nie zawiódł. Jeden z ukochanych produktów do ust. Nabyłam w Stanach. W Polsce chyba ta wersja nie do kupienia. Może poszukam online. To jeden z tych kosmetyków, który chce mieć zawsze w torebce i stale kupować. Pierwszy raz o nim wspomniałam w poście z ulubieńcami lipca'13.

Od ponad 2 lat stale używam pod tusz. Stał się moim niezbędnikiem. Nawilża, odżywia, uelastycznia włoski. Lekko je zagęszcza. Jest idealną bazą pod maskarę. Każda wygląda na niej lepiej. Rzęsy są dłuższe, rewelacyjnie rozdzielone, gęstsze, zero grudek. Tusz jest trwalszy. Stale kupuje. Obecnie używam nowszej wersji tego serum/bazy 5 w 1, ale wydaje mi się, że nie ma między nimi jakiejś znaczącej różnicy. Więcej o tym serum napisałam w poście z lutego'14. Zapraszam do zajrzenia >>.


Dajcie znać, czy znacie te kosmetyki i jakie macie o nich zdanie? 

piątek, 9 maja 2014

Ulubieńcy kosmetyczni kwietnia'14.

Jest pielęgnacja, jest kolorówka, jest też zapach. Zapraszam na kwietniowych kosmetycznych ulubieńców.


Decubal Face Wash Nawilżająca Pianka do mycia twarzy.
Pisałam o niej wczoraj osobną recenzję. Ulubieniec w zasadzie kilku ostatnich miesięcy, ale w kwietniu używałam jej najczęściej. Świetny kosmetyk. Obietnice producenta spełnione na medal. Duża frajda w stosowaniu.


Uroda Melisa Tonik bezalkoholowy do twarzy.

Kupiony przypadkowo w Carrefour za około 6 PLN. Służy mi dzielnie już ponad miesiąc i mile zaskoczył. Świetnie odświeża, relaksuje, lekko nawilża, ma przyjemny uspokajający zapach. Rzeczywiście koi, choć dla mnie mógłby jeszcze lepiej i szybciej zdejmować zaczerwienienie z twarzy. Bardzo łagodny i delikatny. 


Stosuje go rano i wieczorem przed nałożeniem kremu/serum. Przyjemny i jak za tą cenę to naprawdę jakość super.
Do gustu przypadło mi również proste opakowanie. Kusi mnie by wypróbować inne produkty tej marki. Coś może polecacie?


IsaDora All Day Long Lash Super Easy Removal!

Maskarę otrzymałam już spory czas temu do testów. Mogłam wybrać co chcę sprawdzić i tak zrobiłam, ale....? Dostałam zupełnie co innego, niż chciałam. W tym ten tusz do rzęs. Na początku byłam lekko zła, gdyż jakoś produkty do oczu tej marki mnie nie ciekawiły. Zupełnie niesłusznie. Maskara okazała się bardzo dobra. 
Rzeczywiście wydłuża i jest super trwała. Zero osypywania się, rozmazywania, nawet pod koniec dnia. Wytrzymała zmoknięcie, łzy i nawet tarcie oczu dłonią. Trwała, a nie wodoodporna. Szybko zastyga i nie odbija się na górnej powiece, z czym mam często problem. Strzał w dziesiątkę!
Szczoteczka silikonowa jest tak zbudowana, że dociera nawet do najkrótszych włosków (ma wypustki różnej długości) i to za jednym pociągnięciem. Od razu widać różnicę! Wydłużenie i zwiększenie objętości znakomite. Jakbyśmy miały więcej rzęs! Ja zauważam również lekkie podkręcenie. Dobrze się aplikuje i ma mocny czarny kolor. Efekt można ładnie stopniować warstwami. Tak do 3 nie tworzy grudek wcale. Zero sklejania, każda rzęsa pięknie rozdzielona. Ja bym sobie życzyła jeszcze większego pogrubienia, gdyż wydłużenie dla mnie jest akurat. 
Cenie ją też za fakt, że od pierwszego dnia do teraz (używam ją od prawie 3 m-cy) jest cały czas tej samej jakości. Nie wymagała wyschnięcia, przejścia pewnego etapu, teraz też nic się złego z nią nie dzieje.
Minus? Malując dolne rzęsy jakoś zawsze się nią lekko umarzę. Szczotka niby nieduża, ale jednak...
IsaDora marketinguje ją jako maskarę bardzo trwałą, a jednocześnie łatwo i szybko zmywalną. To możliwe? Nie wierzyłam, a okazało się, że tak. Spokojnie zmyjemy ją samą wodą, ale ciepłą. Raz ciach i demakijaż mamy z głowy. Nie rozmasuje się przy tym na około oczu nic a nic. Micelem to już w ogóle demakijaż błyskawica. Moje eksperymenty z nią dowiodły, że jest tak stworzona, iż totalnie nie reaguje na zimną wilgoć (łzy, deszcz, pot itp.) i przez to tak super trzyma się na rzęsach, a schodzi super przy użyciu samej ciepłej wody lub preparatu demakijażowego. Rewelacja. Zero tarcia, zużywania miliona wacików, powtarzania czynności kilka razy. 
Nie podrażnia, nie uczula, nie pachnie brzydko, ma kremową przyjemną konsystencję. 
Opakowanie w ukochanym przeze mnie fiolecie też działa na mnie pozytywnie:)
Niestety nie należy do najtańszych. Koszt ok. 60 PLN/8 ml. Można jednak czyhać na jakieś promocje. Zdecydowanie polecam! Jedna z lepszych jakie używałam.


Oriflame VeryMe w kolorze Vibrant Peach nr 21259.

Mam ją od dawna. W kwietniu odkryłam na nowo i nosiłam w sumie non stop. Kolor bardzo ożywia buzię. Dodaje pewności siebie i odmładza. Gdy miałam ją na ustach, nie raz ktoś obcy na ulicy, w sklepie pytał mnie jaką mam pomadkę. Niby w toaletce mam dużo podobnych odcieni, ale jednak ta jest niepowtarzalna. Dla mnie to połączenie maliny, koralu, różu i czerwieni. Zdecydowanie w realu prezentuje się lepiej niż na zdjęciach. 


Za kolorem idzie świetna jakość. Ma śliczny elegancki połysk, jest mocno nawilżająca, dobrze napigmentowana. Nie waży się, nie wysusza, nie zbiera się w kącikach. Schodzi bardzo równomiernie. Przyjemnie się ją nosi, jest jak balsam. Zaskakuje mnie też każdego dnia jej trwałość. Odcień długo zostaje z nami, nawet jeśli blednie, to i tak cały czas jest widoczny.
Opakowanie  mało eleganckie, ale kto by się tym przejmował:) Jakość na 5+. Niczym nie ustępuje wysokopółkowym szminkom. 


Lancôme 
Trésor Légère Sheer Fragrance.

Mam je ok. 1,5 roku. Letnia limitowana wersja klasycznego Lancôme Trésor. Moich ukochanych perfum od wieków! O mojej miłości do nich pisałam w tym poście >>. Zapraszam do poczytania, dlaczego je tak cenię. 
Elegancja tej woni, a jednocześnie lekkość i seksowność jest nietuzinkowa. Wraz z nastaniem wiosny, chętnie po nie ponownie sięgnęłam. Klasyczna wersja jest dla mnie nadal numer jeden, ale ta odmiana również bardzo przypadła mi do gustu. Kwiecień zdecydowanie  nim pachniał!


Jak zwykle jestem mocno spóźniono z moimi ulubieńcami. Mam nadzieję, że wybaczycie. Zaraz też zabieram się za tworzenie posta z ulubieńcami kwietnia niezwiązanymi ze światem urodowym.


Uściski!

środa, 13 marca 2013

Mini kosmetyczne zakupy z kilku tygodni + herbatki z Biedronki.

Dostałam ostatnio kilka próśb o post z zakupami kosmetycznymi. Od kilku jednak tygodni praktycznie prawie wcale nie odwiedzam sklepów kosmetycznych. Mało co kusi, chyba czuje przesyt. Sklepy mnie męczą i nawet promocje mało interesują. Pewnie wynika to także z faktu, że posiadam spore zapasy kosmetyków i postanowiłam wykończyć wszelkie buteleczki, słoiczki, pudełeczka, zanim kupię coś nowego. Włączyłam również u siebie opcję oszczędzania. W kwietniu wybieram się do Stanów, więc trzeba zacisnąć pasa na tamtejsze zakupy:)

Przez ostatnie tygodnie kupiłam zaledwie kilka pojedynczych kosmetyków.


Wczoraj w drogerii Hebe spontanicznie zdecydowałam się na Truskawkowe zmiękczające płatki na oczy Softening Strawberry Pads.
W opakowaniu jest 10 szt. Koszt to 9,99 PLN. Były jeszcze kiwi.



Wieczorem relaksowałam się z nimi, leżąc na kanapie i słuchając ukochanego jazzu. Super sprawa! Po pierwszej aplikacji mogę stwierdzić, że rzeczywiście koją, ładnie nawilżają, zdejmują z oczu opuchliznę i zmęczenie. Widoczne jest też duże rozjaśnienie. Rozczarował mnie jedynie zapach. Spodziewałam się, że odpłynę w cudownej woni truskawek. Jest ona natomiast bardzo delikatna, truskawkowa, ale słabo wyczuwalna, szybko znika całkowicie. Aromaterapii to tu żadnej sobie nie zafundujemy.



Identyczne lub bardzo podobne płatki dostaniecie także na ebay z Korei. Masa ich tam o różnych zapachach owoców.

Drugim zakupem w Hebe jest szampon wzmacniający Garnier Ultra Doux Siła Roślin. Bez silikonów i parabenów. Wykańczam aktualnie butelkę tej serii, ale z Mango. Miałam również z drożdżami piwnymi. Bardzo mi oba przypadł do gustu. Zdecydowałam się teraz na inną wersję. Zobaczymy. Kosztował ok. 7,50 PLN/250 ml.



Około miesiąca temu także w Hebe kupiłam na promocji zapach Naomi Campbell Cat Deluxe By Night.
Zapłaciłam ok. 70 PLN/30 ml. Butelka ciekawa, choć wiszący puszek to raczej nie moje gusta...:) Woń bardzo trwała jak na perfumy w takiej cenie. Z wyraźnym pazurem, kusząca i intrygująca. Jeśli lubicie lekkie, kwiatowe lub słodkie, czysto owocowe zapachy - to nie będzie nic dla Was. Zwolenniczki zapachów mocnych, zmysłowych, sexi - polubią go tak jak ja.
Mam od zawsze dziwną niechęć do zapachów sygnowanych nazwiskami znanych osób. Sama nie wiem czemu, ale z góry je skreślam i nawet nie podchodzę do testera. To chyba pierwszy zakup łamiący tą moją odwieczną zasadę:)



W pobliskim markecie osiedlowym 3 tyg. temu kupiłam ampułki do włosów z Marion. Było kilka rodzai. Wybrałam nawilżające. Cudów się po nich nie spodziewam. Zresztą nie mam jakiś wielkich problemów z włosami, ale lubię markę Marion i przed wiosną postanowiłam zadbać o zwiększenie nawilżenia czupryny. Cena niska też mnie przekonała - ok. 10 PLN. Nie używałam jeszcze, więc nic nie mogę powiedzieć na temat skuteczności.


Z innych nowości u mnie mogę wymienić upominek od firmy Bath & Bothy Works.
Miniaturka zapachu Forever Red. Intensywny, bardzo słodki, kwiatowo-owocowy, namiętny. Moim zdaniem bardziej na wieczór niż na dzień. Całkiem trwały. Nie są to do końca moje klimaty, ale nie jest też tak, że go nie lubię. Oprócz słodkości zaskoczyła mnie wyraźna nuta ciepłego rumu, a to rzadko spotykane i bardzo przeze mnie preferowane. Brakuje mi w nim jeszcze nutki "pieprzyku". Przełamałabym całość choć lekką wonią piżma, chili, drzewa sandałowego czy jakiegoś egzotycznego drewna. Wiadomo jednak, że każdy z nas w zapachach poszukuje czegoś innego...Jeśli będziecie w ich sklepie warto powąchać. Z tej serii dostępny jest także żel pod prysznic, peeling cukrowy i balsam do ciała.


Na koniec coś niekosmetycznego. Zima nas nie opuszcza, trzeba zatem było zrobić zapas herbatek. Wczoraj w Biedronce wrzuciłam do koszyka trzy różne. 


Zielona bez dodatków w ładnej puszce (9 PLN/40 torebek). Zielona o smaku melona i trawy cytrynowej (2,49 PLN/20 torebek) - idealne dla mnie połączenie wszystkiego co kocham! Trzecia to malinowa z kardamonem (3,99 PLN/20 torebek). Za czystą maliną w herbatach nie przepadam, ale skusiłam się na nią ze względu na kardamon, jaki bardzo lubię. Nie żałuję, bo jest naprawdę smaczna.


  Jak widzicie nie szaleje z zakupami. A jak to wygląda u Was?

Pozdrawiam
Magda

środa, 12 grudnia 2012

Mój perfumowy skarb. Historia pewnego zapachu. Lancôme Trésor i Trésor Légère.

Jeśli zapytacie mnie o jedne najbardziej ukochane perfumy, to od lat odpowiedź jest ta sama. Lancôme Trésor
Trésor czyli po francusku skarb. Zdecydowanie jest to mój skarb!:)



Kiedy miałam 14-15 lat pierwszy raz powąchałam je w salonie Sephora i zakochałam się. Byłam oczarowana i od razu wiedziałam, że to mój zapach. Mimo, że to raczej nie woń kojarzona z nastolatkami:) Spryskana testerem czułam się niesamowicie dorosła, kobieca, piękna. Idąc po Marszłkowskiej w Warszawie myślałam, że wszyscy patrzą tylko na mnie i podziwiają:) Dziś trochę mnie to bawi, ale na myśl o tamtych chwilach, zawsze się uśmiecham w serduchu i nawet łezka w oku zakręci się niejedna...


W moich nastoletnich czasach już samo bycie w Sephora bylo czymś nader wyjątkowym. Jestem bowiem z tego pokolenia, jakie pamięta czasy bez pięknych drogerii czy luksusowych salonów.

Na początku liceum takie perfumy były dla mnie nieosiągalne. Postanowiłam jednak, że jak tylko będę dorosła i zarobię pierwsze większe pieniądze, ten zapach będzie mój. Nie chciałam go dostać, nie chciałam nikogo o niego prosić. Zamarzyłam sobie flakonik kupić sama i to w dużej pojemnośc 100 ml. Było to wtedy dla mnie jakimś symbolem dojrzałości, prawdziwej kobiecości, niezależności i spełniania marzeń.

Dziś wiem, że perfumy nie są żadną miarą człowieka:) Ale coś w tym musi być, skoro zawsze kiedy zapach Trésor mam na sobie czuje się pewnie, kobieco, mądrze, seksownie i wiem, że wszystko mogę!


Kiedy już jako dorosła osoba kupowałam Lancôme Trésor, byłam przeszczęśliwa:) Wróciło moje marzenie z nastoletnich czasów i pamiętam, jak płacąc przy kasie sama się do siebie uśmiechałam.
To był mój pierwszy zapach z wysokiej półki. Kocham go do dziś!



Jest bardzo trwały i dość ciężki. Chyba nie miałam trwalszych perfum. Jeśli lubicie dziewczęce słodkie lub lekkie zapachy, to nie jest to nic dla Was. Pokochałam go jako nastolatka, ale to zapach bardzo dorosły, niezwykle kobiecy i pociągający. Nigdy nie byłam zwolenniczką marek typu Escada itp. dlatego od razu na Trésor zwróciłam uwagę.


Lancôme Trésor to mocno nasycone perfumy. Nie radzę z nimi przesadzać. Lekko korzenne, ciepłe, cudnie otulające. Bardzo wydajne. Na jesień i zimę wyborne. Ja jednak lubię je używać cały rok.


Kiedyś myślałam: Madzia nadejdzie czas kiedy one Ci się znudzą. Minęło kilkanaście lat i jeszcze to nie nastąpiło. Oczywiście kupuje także inne i przez lata poznalam wiele zapachów, które bardzo cenię. Do Trésor wciąż jednak wracam. Mam przerwy w jego stosowaniu, a potem nagle za nim tęsknię i musze je mieć.


Pięknie się rozwijają przez cały dzień na ciele. Nie wietrzeją. Kompletnie nie boli od nich głowa. Chyba, że przesadzimy z ilością. Zwracają uwagę otoczenia, głównie płci męskiej. Nie raz już tego doświadczyłam:)


Do tej pory stawiałam na klasyczną wersję. Ale Lancôme wypuściło kilka innych odmian.
Wczoraj do moich rąk trafiły pierwszy raz Trésor Légère Sheer Fragrance. Z tego co się orientuje to wersja limitowana, ale nie nowość. Marketingowana jest jako letnia i bardzej nowoczesna odmiana klasyka. Miałam okazję kupić oryginał przywieziony z Francji za 80 PLN/50 ml. Cena zatem super! Tym bardziej jestem zadowolona. W Polsce w normalnej sprzedaży nigdzie tej wersji nie mogłam już dostać. Podobnie na kilku lotniskach przez około 1,5 roku jej szukałam. Kiedy się ukazała na początku kosztowała około 160-180 PLN/50 ml i bardzo szybko zniknęła z półek.

Bałam się, że ta odmiana nie okaże się tak dobra, ale po 2 dniach testów jak na razie jestem zachwycona. Légère jest subtelniejszy, bardziej lekki ale tak samo trwały i piękny!




Wonie jest bardzo trudno opisywać. Zachęcam do powąchania tych perfum w sklepie. Zdaje sobie jednak sprawę, że to nie jest zapach dla każdego. Moim zdaniem dla wybranych i w sumie dobrze:)

Jeśli jednak lubicie wyraźne, eleganckie, a przy tym bardzo kobiece wyrafinowane zapachy to istnieje szansa, że przypadną Wam do gustu. Także zwolenniczką piżma, orientu i drzewa sandałowego.

Jeszcze informacja dla interesujących się poszczególnymi nutami jakie podaje producent.

Klasyczny Lancôme Trésor:
nuta głowy: brzoskwinia, morela, ananas, bergamotka
nuta serca: róża, irys, heliotrop, jaśmin
nuta bazy: drzewo sandałowe, piżmo, wanilia.


Trésor Légère Sheer Fragrance:

nuta głowy: biały pieprz, bergamotka, esencja Mate.
nuty serca: frezja.
nuta bazy: drzewo sandałowe.

Niesamowicie od zawsze podoba mi się także jego flakon. Jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Misternie wykonane grube eleganckie szkło i ciekawy kształt.

To zapach jaki był ze mną w ważnych chwilach życia. Ufam mu. Nigdy mnie nie zawiódł. Mam do niego ogromny sentyment.

Moje zdjęcia w poście to fotografie Trésor Légère Sheer Fragrance. Klasyka obecnie nie posiadam. Jego zdjęcie wraz z opakowaniem znajdziecie w moim poście - Tag: 7 urodowych grzechach głównych.


Macie swoje jedne ukochane perfumy? Tak jak ja podchodzicie do zapachów z uczuciem i wspomnieniem przeszłości?
Miło będzie mi poznać Wasze upodobania.
Ściskam!
Magda

czwartek, 5 lipca 2012

Ciąg dalszy denka - czyli torba zużytych maleje. Odcinek II: Kąpiel i zapachy

Druga część ogromnej torby z zużyciami w ramach projektu denko to kosmetyki do kąpieli i pod prysznic oraz zapachy.
Pierwszy odcinek siedzi sobie tu>>


1. Peeling do ciała Bebeauty - z Biedronki. Zapach winogrona.
200 ml - za około 5-6 zł.
Cena świetna.
Produkt naprawdę ok. Miło mnie zaskoczył.
Pachnie winogronami rzeczywiście, choć zapach jest podszyty chemią.
Nie jest super wydajny, ale znam droższe jeszcze mniej wydajne.
Ogólnie produkt bardzo w porządku. Ścieranie jak dla mnie takie akurat. Spisał się bardzo dobrze.
Mam jeszcze zapach mango i pewnie za jakiś czas jeszcze go kupię, choć na razie peelingów u mnie pod dostatkiem.


2. Żel pod prysznic o zapachu Lawendy - 165 ml.
Tego produktu raczej nie kupicie. Dostałam go w prezencie podczas firmowego wyjazdu do Hiszpanii.
Produkt robiony na zamówienie dla jednej z firm - niekosmetycznej.
Zapach w porządku, choć nie do końca czysto lawendowy.
Lekko przesuszał mi skórę. Połowę zużyłam pod prysznicem, a połowę jako mydło do rąk w kuchni.
Nic specjalnego. Ale darowanemu koniowi...:)


3. Żel pod prysznic Balea - Balea Dusche & Ölperlen Queen of the night.O zapachu kwiatu Columbine - 250 ml.
Żel ma sobie perełki nawilżające.

Nie wiem ile kosztuje. Dostałam go w prezencie. Jednak wiem, że kosmetyki Balea nie są w Niemczech drogie.
Szkoda, że w Polsce nie do dostania.



Bardzo przyjemny żel. Wydajny. Dobrze się pieni. Na początku drażnił mnie jakoś ten zapach. Nie uznałam, że jest cudny. Potem o dziwo bardzo go polubiłam. Nie wysuszał mi skóry.
Jeśli tylko kiedyś będę miała taką możliwość chętnie kupię jakiś żel tej marki.

4. Żel peelingujący Body Therapy z Marion - biała czekolada i pomarańcza.
Kupiłam głównie dla zapachu. Uwielbiam takie połączenie. Występuje też w innych kombinacjach zapachowych.
Kosztuje grosze - ok. 3-4 PLN/100 ml.
Nie jest może super wydajny, ale polecam raz na jakiś czas dla relaksu:)
Nie ściera jakoś wyjątkowo, ale bardzo delikatnie. Czasem wolę takie ścieranie niż mocne.


Blisko siebie mam drogerię dobrze zaopatrzoną w kosmetyki Marion, więc pewnie za jakiś czas skuszę się jeszcze na jakiś innych zapach.

5. Żel pod prysznic z Dauglas - Any Size Any Time Generous Foam Shower Gel.
75 ml - 8,90 PLN.



Kupiłam go przed wyjazdem na majówkę. Wersja mała. Występuje jeszcze w wersji 500 ml za 34,90 PLN.
Mała tubka na wyjazdach jest świetna.
Ale samego żelu nie polecam i więcej go nie kupię.
Wydajność nawet ok. Jednak żel ma dziwny zapach - nie umiem go określić. Nie należy do przyjemnych. Trochę jak jakiś środek do czyszczenia.
Jest bezbarwny, średnio się pieni i lekko wysusza skórę. Ogólnie jestem na nie.
Myślałam, że polubię go skoro pokochałam ich chusteczki do demakijażu (recenzowane tu>>), ale niestety...

6. Żel pod prysznic King&Queen's - Queen Elizabeth.

Miniaturka - 30 ml.
Zamówiłam kiedyś zestaw tych kosmetyków na Truskawce za około 30 zł na wyprzedaży. Między innymi były tam trzy miniaturki tego żelu.
Nie wiem ile kosztuje w normalnej pojemności.
Marka chyba niedostępna w Polsce. Z mojego śledztwa wynika, że to ta sama firma co marka Korres - ale pewności nie mam.



Zapach - miodowy. Naprawdę czysty miód. Żel ma perłową taką miodową konsystencję i kolor.
Nie przepadam akurat bardzo za zapachem miodu w kosmetykach, ale jeśli kochacie taką woń - bylibyście zadowoleni:)
Myje ok, pieni się w miarę dobrze, ale nie jest wydajny. Ma w sobie lekkie drobinki rozświetlające. Żaden brokat. Skóra ładnie lśni po jego użyciu.
Fajnie było przetestować, ale nie skusiłabym się na duże opakowanie.

7. Korres Jasmine Shower Gel - Jaśminowy żel pod prysznic.
Kupiłam go na Truskawce na wyprzedaży w zestawie po 2 szt. różnych zapachów. Na razie zużyłam ten.
W secie były dwie buteleczki po 50 ml. Koszt około 18-19 PLN.


Korres to marka kosmetyków naturalnych z Grecji. Ten żel pachnie przepięknie.
Bardzo naturalnie bez cienia chemii, którą ja w sumie wyczuwam wszędzie:)
Kosmetyk pieni się fajnie, skóra po nim nie jest ściągnięta czy przesuszona. Jest wydajny.
Bardzo go polubiłam. Prysznic z nim to była rozkosz!
Niestety w PL - w salonach Sephora kosmetyki tej marki są drogie. Z tego co kojarzę żel 250 ml kosztuje około 55-60 PLN.
W tej cenie raczej go nie kupię. Będę polować na promocje na Truskawie albo w TK Maxx, bo tam też można je dostać czasem. Choć nie zawsze ceny są takie super promocyjne.
Jak na razie mam jeszcze 3 butelki po 50 ml - innych zapachów:)

8. Alverde Winter-Wohlfühl-Bad Goldhirse Mandelblüte. Płyn do kąpieli - prosto + kwiat migdału - 300 ml.
Kolejny kosmetyk niemiecki jaki dostałam. Nie mam pojęcia ile kosztuje.

Podobnie jednak jak Balea nie są to drogie kosmetyki u naszych zachodnich sąsiadów.

Zapach - niesamowicie unikatowy. Znakomite połączenie. W żadnym kosmetyku nie czułam takiej woni.
Kojarzyła mi się z dzieciństwem, zapachem wakacji na wsi u mojej cioci na Mazurach. Czysty piękny naturalny. Świetny skład.
Używałam go podczas kąpieli w wannie, już wiele tygodni temu kiedy jeszcze nie było ciepła u nas.
Starczył mi na bardzo długo. Dawał super pianę. Skóra po nim była bardzo miękka i przyjemna w dotyku.
To kosmetyk jaki może nie uczyni cudów ze skórą. Ale dawał mi niesamowity relaks!


Na butelce jest informacje, że to wersja limitowana. Nie wiem, bo nie znam się na limitowankach tej marki.
Podobnie jak z Baleą - jeśli kiedyś będę miała możliwość kupna tego produktu to z całą pewnością to uczynię. Wrzucę do koszyka ten zapach lub inne.

9. Próbka żelu do higieny intymnej z Floslek. Babka lancetowata + prebiotyk.
Pełnowymiarowe opakowanie ma 200 ml o kosztuje ok. 14-15 PLN.

Po jednej próbce chyba ciężko stwierdzić czy jest świetny czy nie.
Ale po jednym użyciu zrobił na mnie dobre wrażenie.
Pieni się w porządku, konsystencja ok, łagodny.
Nie wykluczone, że kupię go kiedyś. Na razie zużywam inną dużą butlę.
Zachęcające jest też to, że jest w opakowaniu z pompką:)


Jeśli chodzi o zapachy to zużyłam dwie wody toaletowe.


1. Elizabeth Arden Green Tea.
Zapach chyba znany wszystkim. Niskopółkowy, ale przeze mnie bardzo lubiany.
Uwielbiam zapach zielonej herbaty!
Wracam do tej wody co jakiś czas od lat.
Odświeża, pobudza i świetnie pasuje na wiosnę i lato.
Jest lekka, może nie jakoś super trwała, ale dla mnie w porządku.
Z tego co kojarzę 50 ml kosztuje około 50 PLN.
Jednak bardzo często w Rossmann i Super-Pharm jest na promocjach. Nigdy nie kupiłam jej jeszcze w regularnej cenie. Teraz robię sobie od tego zapachu przerwę, ale pewnie kupię go jeszcze nie raz:)

  
                            
2. John Galliano Parlez-Moi d´Amour.
30 ml około 100-120 PLN.
Nie pamiętam dokładnie, bo kupowałam tą wodę już kilka miesięcy temu. Była też wtedy w Super-Pharm na promocji.

 Nie przepadam za słodkimi zapachami. Ten może nie jest czysto słodki, ale ma w sobie sporą dawkę słodyczy. Mimo wszystko bardzo mi się spodobał.
Przepiękny flakonik w formie listu. Bardzo efektownie wygląda.
Woń jest mocno intrygująca, ciekawa. Miałam sporą fazę jakiś czas temu na używani tylko jej. Zwykle lubię zmieniać zapachy, bo kilka ich mam. Ale przy tym tygodniami, nie używałam niczego innego.
To nie jest najlepsza woda toaletowa na świecie:), ale chcę kupić flakonik jeszcze raz, bo naprawdę dobrze mi się kojarzy.
Niestety co jakiś czas patrzę i w Super-Pharm za nic go nie dostrzegam.
Może podpowiecie mi gdzie można kupić?

__________________________________________________

A dziś jemy czy pijemy....?:)

Po około 10 dniach przerwy powróciłam do napojów na bazie zielonej pietruszki. Tęskniłam za nimi i każdemu polecam.
Dziś opcja jak poniżej:) Wariantów jest cała masa.

    
                                              
Ściskam!!!
Magda