Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swatche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swatche. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 marca 2014

Flormar Nail Enamel nr 418. Pierwszy lakier kupiony po ok. 2 latach.

Od mniej więcej 1,5 roku, a może i nawet 2 lat nie kupiłam sobie żadnego lakieru do paznokci. Coś tam dostałam, jakiś tam kolor sprezentowało mi kilka osób, ale sama nie zdecydowałam się na żaden. 
Mam cały koszyk lakierów, jakie nabyłam wiele lat temu i większość z nich służy mi wybornie po dziś dzień. Poza tym w 90% przerzuciłam się na hybrydę, jaką noszę od ponad 4 lat i uwielbiam! Od tego czasu kolekcjonowanie nowych buteleczek, wydaje mi się totalnie bezsensu. Do śmierci bym tego nie zużyła...
Jak widać maniaczką lakierową nie jestem. Kusi mnie wiele kosmetyków, ale koło szaf z emaliami do pazurków przechodzę totalnie obojętnie. Jest mi z tym znakomicie!:)

Około 2 tyg. po tak długim okresie "abstynencji" nabyłam pierwszy lakier. Padło na Flormar Nail Enamel nr 418. Widziałam go na kilku blogach i zaciekawił mnie. Kiedy przypadkiem natknęłam się na stoisko marki w warszawskim Centrum Handlowym Promenada, zdecydowałam się zabrać ten kolor ze sobą do domu. Kosztował 8 PLN/11 ml.


Przybrudzony fiolet z zatopionym jakby migoczącym piaskiem. Nie mylić z brokatem czy lakierami piaskowymi. W zależności od kąta nachylenia i światła zmienia swoje oblicze.


Moim zdaniem bardzo elegancki. Na zdjęciach widzicie dwie warstwy + Top Coat Seche Vite.  



Lakier nakłada się sprawnie. Nie czyni smug, całkiem szybko schnie, choć nie jest to błyskawica. Ma perfekcyjną konsystencję. Posiada bardzo wygodny długi pędzelek. Ja zdecydowanie preferuje właśnie takie. Idealna jest także zakrętka. Dobrze trzyma się w dłoni.

Już po nałożeniu jednej warstwy, całkiem dobrze kryje. Polecam jednak zaaplikować dwie, dla pogłębienia tego ciekawego koloru.


Co z trwałością? Zwykłe lakiery nie trzymają się na mojej płytce zbyt długo, stąd pokochanie hybrydy. Flormar 418 nienagannie trzymał się około 3 dni. Pod koniec 3 doby zaczął się wycierać na końcach. Czwartego dnia po pracach w kuchni w 2 miejscach odprysnął i oczywiście poszedł do zmycia. Ale gdyby nie Seche Vite to pewnie max wytrwał by u mnie 2 dni.  
Ogólnie jestem na tak. Jakością nie odbiega od 3-4 razy droższych. Nawet bez top coat'u ma ładny połysk. Duży plus za wykończenie. Nie żałuję zakupu. Polecam.
To mój pierwszy lakier tej marki. Być może kupię jeszcze jakiś inny. Ale z moją częstotliwością, może to nastąpić za 2-3 lata....:)

Buziaki!

poniedziałek, 21 października 2013

Inglot Lakier nr 36. Wieczna czerwień. Najlepszy lakier na świecie!

Jesienią zawsze zachciewa mi się czerwieni na paznokciach. Przedstawiam Wam najlepszy lakier ever jaki kiedykolwiek miałam! Dlaczego tak go chwalę? Zaraz opowiem.


Inglot Nail Enamel w kolorze nr 36. 


Kosmetyk wieczny! Nie zgadniecie, ile czasu mam jego buteleczkę:)


Jest ze mną 8 lat i służy mi tak samo, jak zaraz po zakupie. Nie rozwarstwił się, nic a nic nie zgęstniał. Nie pachnie brzydko, nie tworzy smug. Jest idealny! Dodatkowo przez te wszystkie lata nadal tak samo świetnie kryje (zawsze nakładam dwie warstwy, nigdy więcej czy mniej), błyszczy się cudnie i jest trwały jak żaden inny. Nigdy nie był rozcieńczany, reanimowany itp., nie robiłam z nim żadnych cudów.


 Kiedyś czerwień często gościła na moich paznokciach, potem mi przeszło na rzecz innych odcieni, ale od około roku często wracam do tego lakieru. Używam i używam, a końca nie widać. Przez pierwsze chyba z 4 lata stale malowałam nim paznokcie u stóp. Kompletnie nie zmieniałam na inny kolor. Rozmnaża się on w tej buteleczce czy co?:) 


 Malowanie nim to prawdziwa bajka, szybko i sprawnie. Poza tym nie trzeba długo czekać na wyschnięcie. To jedyny lakier jaki kupiłam ponownie. Poprzedni egzemplarz miałam ok. 5 lat, wtedy stale stosowałam na zmianę z bezbarwną odżywką. Potem pożyczyłam koleżance na pewien czas i tak go pokochała, że do mnie wróciły już resztki:) Nie mogłam nie kupić go jeszcze raz. Druga butelka służy mi dzielnie 8 lat. Jestem zatem z tą czerwienią już ponad 13 lat!


 Nie wiem nawet czy jest on nadal w sprzedaży i czy jakość nie została zmieniona. Jeśli się skończy, na bank odwiedzę salon Inglota i będę go poszukiwać. Jak na razie to najstarszy kosmetyk jaki mam w domu, a do tego znakomity! Przebył ze mną długą drogę. Był ze mną w ważnych chwilach, w wielu miejscach na świecie, dużo widział i pewnie wiele mógłby o mnie opowiedzieć:) Mieszkał w kilku miejscach, przeprowadzał się ze mną, słyszał mój śmiech i płacz również...Mam do niego wielki sentyment!

Nie spotkałam lepszego jakościowo lakieru! Kocham ten cudny kolor. Na zdjęciach widzicie efekt po 3,5 dniach od nałożenia i bez żadnej bazy czy top coat'u. 2 warstwy.

Muszę też zaznaczyć, że tylko wobec tego konkretnego koloru nr 36 mam takie zdanie. Miałam i nadal mam kilka "Inglotów", ale nie są one równe jakościowo i żaden jak dotąd nie przetrwał tak długiego czasu w tak idealnej kondycji. Choć kilka z nich również sobie chwalę.
Wszystkie inne produkty tego typu, jakiejkolwiek marki mogą się schować i wstydzić:)

Jeśli wiecie czy nadal ten kolor jest w kolekcji, czy nie zmieniono numeracji, formuły, jakości - dajcie proszę znać. Jestem ciekawa. 
Lakier polecam baaaardzo! KWC nad KWC!

Ściskam Was!
Magda

wtorek, 10 września 2013

Kiko Nail Lacquer 389. Takiej dokładnie mięty na paznokcie szukałam!

Ostatnio stale gości na moich paznokciach u dłoni. Bardzo udany zakup.

 

To mój jedyny jak na razie lakier Kiko Nail Lacquer. Miętowy w kolorze 389 . 
Tylko tak  sobie głośno myślę...Czemu nazywamy to miętą, skoro mięta ni w ząb nie ma takiego koloru?:)


Kładę zawsze 2 warstwy. Jedna niestety nie pokrywa płytki równomiernie. Do tego na wierzch Top Coat Seche Vite.


Jak dla mnie pastel idealny. Znakomicie gra z wieloma stylizacjami. Bardzo polecam.


 Udany szeroki pędzelek. Dobrze wykonany. Pozwala na szybką aplikację. Bardzo łatwy w użyciu.


Spora pojemność - 11 ml. To może być plus ale też minus. W Niemczech kosztował mnie 2,5 Euro. 


 Co do jakości to do 4-5 dni trzyma się nienaruszony. Mniej więcej w 4-5 dni zaczyna się lekko ścierać na końcach. Wszystko jednak oczywiście zależy od zajęć jakie wykonujemy i tendencji naszej płytki. U mnie zazwyczaj lakiery nie trzymają się zbyt długo czy to za 10 czy 100 PLN. Ten wynik jest dla mnie świetny. Odpryski pojawiły się w 6 dniu. Ale w tym czasie nie oszczędzałam dłoni, pracując m.in na działce poza miastem przy kwiatach, zmywając tam ręcznie naczynia i wykonując inne prace jak np. obiad z ogniska:)

Bez Top Coat'u nie wysycha niestety szybko. Trzeba trochę na to poczekać. Ale mój Seche Vite znacznie przyspiesza ten proces, a do tego nadaje dodatkowy połysk.

Powiem szczerze, że zbieram same komplementy co do tego koloru, nawet od przypadkowych ludzi na ulicy czy w sklepie. Dawno już żaden zwykły lakier tak mi się nie spodobał.

Trafia w wasze gusta?

Magda

poniedziałek, 2 września 2013

Kosmetyczni ulubieńcy sierpnia 2013.

Zapraszam do zapoznania się z moimi ulubionymi kosmetykami minionego miesiąca. 


Yves Rocher Anti-Chute Szampon Stymulujący Przeciw Wypadaniu Włosów


Odkryłam go jakieś 3 lata temu. Od tego czasu co jakiś czas po niego sięgam. Zużyłam 3 lub 4 butelki. W sierpniu namiętnie stosowałam, gdyż zauważyłam u siebie spore wypadanie włosów. Przypomniałam sobie, że właśnie ten kosmetyk zawsze mi pomagał. Muszę powiedzieć, że jako jeden z nielicznych produktów do mycia naprawdę działa i zmniejsza znacząco ubytek włosów. Może nie likwiduje problemu w 100%, ale w dużym i widocznym stopniu.
Uwielbiam jego piękny zapach białego łubinu. Nie znam innego produktu o takiej woni. Przypomina mi zapach świeżo skoszonej trawy i zawsze kiedy nim myje włosy, od razu na pamięć przychodzą coroczne wakacje u cioci na wsi na Mazurach. Jako dziecko jeździłam tam stale. Dom jest położony wśród pól i łąk. Bujne trawy i kwiaty z nich stale były koszone na siano, a wieczorem wszędzie czuliśmy cudny zapach naturalnej świeżości...Tak właśnie pachnie ten szampon.
Zdecydowanie wzmacnia, nadaje objętości, nawilża. Nawet bez użycia odżywki, kosmyki całkiem dobrze się rozczesują. Polecam. Sama kupię pewnie jeszcze nie raz.

The Body Shop Green Apple Bath & Shower Gel


Obłędny zapach zielonego jabłuszka. Pachnie dokładnie tak, jakby rozkrajać właśnie kwaśną dojrzałą papierówkę, zerwaną prosto z drzewa. To również zapach i smak mojego dzieciństwa i wakacji na mazurskiej wsi.
W upały żel sprawdził się wyśmienicie. Super myje. Jest wydajny. Dobrze się pieni. Nie wysusza skóry. Daje ogromną świeżość i pobudzenie. Nie wyczuwam w nim totalnie chemicznej nuty czy jakiejkolwiek sztuczności. Kupiłam rok temu na promocji i w te wakacje wygrzebałam z czeluści szafki. To był strzał w dziesiątkę na wysokie temperatury!

Alba Botanica Mineral Terratint Lip Balm Bloom SPF 15
Pisałam o tym sztyfcie do ust przy okazji notki o zakupach w Stanach >>. Chroni i nadaje lekki dziewczęcy kolor z ślicznym połyskiem. Zapach i smak to połączenie kwiatów i mięty. Dla mnie zestawienie idealne. Cudownie chłodzi usta, ale bez uczucia szczypania itp. Dobrze nawilża, lekko natłuszcza, ma SPF 15, nie bieli, super chroni przed wiatrem. Nie roluje się, nie waży, dobrze rozprowadza. 


Jak na tego typu pomadkę, jest naprawdę trwała. Żałuję, że będąc w Stanach, nie kupiłam tych balsamów więcej. Tanie, w 100% naturalne, świetne jakościowo. Plus, za łatwe i szybkie nakładanie nawet bez użycia lusterka. Do tego nie topi się nadmiernie. Dla mnie hit!
  

MAC Mineralize Skinfinish Soft & Gentle
To nie tylko ulubieniec sierpnia, ale w tym miesiącu wyjątkowo go często używałam. W zasadzie każdego dnia, nie zamieniając na inne tego typu kosmetyki, jakich troszkę posiadam. Jest ze mną prawie 2 lata i dla mnie to KWC wśród rozświetlaczy.


Uwielbiam go, gdyż nie ma w sobie różowego koloru. Ani też złota, srebra czy żółci. Jest klasycznie szampański. Kosmetyk wypiekany. Pięknie, lekko się rozprowadza. Pędzlem lub nawet palcem. Pasuj do każdego makijażu i wszystkich typów urody. Tworzy idealną taflę. Cudnie odbija światło. Wystarczy odrobina by twarz od razu wiele zyskała. Nie zawiera drobinek, brokatu itp. Stosuje go na kości policzkowe, nad usta, na dekolt, szyję. Bardzo często również w kącikach oka czy pod łuk brwiowy. 


Trwały, uniwersalny, bardzo wydajny. Używam i używam, a zdaje się nigdy nie kończyć. Nie kosztuje mało, ale to świetna inwestycja. Ma solidne opakowanie. Gdybym miała wybrać jeden produkt rozświetlający do twarzy, postawiłabym zdecydowanie na niego.


Jestem ciekawa, co w minionym miesiącu Wy często stosowaliście i możecie polecić?

Trzymajcie się!
Magda

sobota, 30 marca 2013

Dwa cienie z Inglota kupione w Outlecie: 402 i 344. Swatche.

Niedawno wybrałam się do Fashion House Outlet Centre w Piasecznie pod Warszawą. Mieszkańcy stolicy i okolic pewnie bardzo dobrze znają to centrum outletowe. Można tam dostać wiele marek w bardzo atrakcyjnych cenach. Odzież, buty, rzeczy do domu, biżuterie, dodatki itp.
Swoje stoisko ma tam także Inglot. Skromne ale jakieś jednak jest. W zależności jak trafimy, czasem wybór kosmetyków jest duży, czasem dość ubogi. Zawsze to loteria. Ceny są bardzo dobre, gdyż np. za cienie płacimy połowę tego co w innych salonach Inglot. Wybór jednak w outlecie okrojony.

Ja podczas ostatniej wizyty wybrałam sobie dwa:
- 344 Matte
- 402 Pearl

Cena to 5 PLN/szt.


Kasetkę już miałam wcześniej. Zamieszkały aktualnie obok wosku do brwi (574 - najjaśniejszy z dostępnych), jaki mam już kilka tyg.


Dawno nie kupowałam cieni z Inglota. Te bardzo mi się spodobały. Lubię takie kolory ziemi i czuje się w nich bezpiecznie:)

     

Dobre do makijażu dziennego jak i wieczorowego. Super się rozcierają i kolor można intensyfikować. Cieszę się, że dorwałam je za pół ceny!


To wasze tony czy zupełnie nie? Może któryś z kolorów czy oba również Wy posiadacie?
Piszcie czy macie ochotę poznać wszystkie cienie Inglota jakie mam w swoich "zbiorach"?

Buziaki!
Magda

wtorek, 26 marca 2013

Prawdziwy brudny róż typu nude. L'Oreal Blush True Match Rose Nude/Nude Pink nr 125. Recenzja.

Ten róż zainteresował mnie po obejrzeniu jakiś czas temu filmiku z kanału na YT MakijazeKasiD. Kasia zamieściła go w ulubieńcach grudnia 2012. Obje mamy cerę mocno naczynkową, dlatego często rekomendacja Katarzyny odnośnie doboru odpowiedniego różu do policzków, jest dla mnie strzałem w 10! Tu także tak było. Pewnie sama bym tego kosmetyku nie odkryła. Przyznam, że jakoś nie specjalnie interesowały mnie do tej pory róże z L'Oreal. Zupełnie niesłusznie. 

Mowa dokładnie o L'Oreal Blush True Match w odcieniu Rose Nude/Nude Pink nr 125.


Kolor jest dokładnie taki jakiego od dawna szukałam. Prawdziwy brudny róż, idealny do makijaży nude i jasnej karnacji. Wyborny jeśli macie problemy z rumieniem czy naczynkami na policzkach. Nie podbija czerwoności na twarzy.
W przypadku ciemnych karnacji może być zupełnie niewidoczny. Ale przy jasnej subtelny kolor jaki daje jest piękny i elegancki.


Przyglądałam się mu kilka razy w drogeriach, ale przyznam, że skąpiłam by wydać na niego ok. 50 PLN (tyle mniej więcej kosztuje bez rabatów). Kusiła mnie też promocja w Hebe 40% taniej na kolorówkę, ale jednak w najlepszej cenie dorwałam go na Allegro. Kosztował wraz z przesyłką 21-22 PLN. Był oczywiście nowy i zafoliowany.

Ostatnio bardzo gustuje w takich odcieniach na twarzy i stonowanych kolorach. Szaleje także na punkcie szminek i błyszczyków o takiej tonacji.


Ma bardzo zgrabne małe, lekkie opakowanie. Idealne w podroż czy do torebki. Posiada lusterko i pędzelek. Tego drugiego jednak zupełnie nie używam, jak dla mnie za twardy i słaby. W sytuacjach awaryjnych natomiast może okazać się przydatny.

 

To połączenie brudnego różu, lekkiej poświaty brązu i odrobiny fioletu. Przynajmniej ja to tak widzę:)


Rozprowadza się miękko, bardzo łatwo. Nie sposób zrobić sobie nim krzywdy. Nie tworzy plam i idealnie rozciera. Możecie stopniować bez trudu jego intensywność. Jeśli dopiero zaczynacie przygodę z różem to polecam. Oczywiście dla doświadczonych dziewczyn w makijażu również to będzie dobry wybór.

Trzyma się bez zarzutu cały dzień. Nie miałam jednak jeszcze okazji testować go w wysokich temperaturach.
Nie zawiera brokatu czy drobinek. Nie jest też czysto matowy. Na skórze tworzy satynowy efekt z lekką poświatą odbijającą światło. Dla mnie super! Naturalny, bardzo dziewczęcy i promienny. Cała twarz od razu zyskuje świeżość i takie naturalne obudzenie. Przy tym nie jest tak, że policzki są mocno zaznaczone czy ostro podkreślone kolorem. Do makijaży dziennych, nude, make up no make up - znakomity!

Moim zdaniem można nim także spokojnie lekko wykonturować twarz, bez używania już bronzera. Szczególnie jeśli zależy nam w danym dniu na lekkim, subtelnym i prawie niewidocznym makijażu.


Podoba mi się wytłoczony kształt puzzla w kosmetyku. Oczywiście w miarę używania po czasie zniknie, ale aktualnie nadal trwa:) Sam róż jest jak do tej pory wydajny. Starczy mi pewnie na lata.

Nie wiem jak z jakością innych kolorów z tej serii, ale ten nr 125 polecam bardzo. Rzadko spotyka się taki kolor, a długo go szukałam. Zdaje sobie jednak sprawę, że nie jest on dla każdego. W opakowaniu może nie wydawać się za ciekawy, ale na policzkach naprawdę zyskuje.

Ktoś z was może posiada ten kolor? A może macie inne odcienie? Lubicie je czy średnio?

Magda

poniedziałek, 4 marca 2013

Ulubieńcy kosmetyczni lutego 2013. 2 na 2:)

W lutym równy podział. Dwa kosmetyki z kolorówki i dwa pielęgnacyjne.


 1. Mythos Body Butter Olive + Vanilia&Coconut.
Greckie masło do ciała. Świetna jakość, dobry skład. Idealne nawilżenie na długo, a dodatkowo obłędna woń. Zero sztuczności, prawdziwy idealny zapach kokosa, jaki w ogóle się nie nudzi.



Od zawsze mam problem z regularnym nanoszeniem masła czy balsamu do ciała po kąpieli, ale z tym produktem jest inaczej. Z przyjemnością go aplikuje. Uwielbiam tą woń i gładkość oraz miękkość skóry jaką daje. Zero problemu z wysuszeniem. Polecam. Z całą pewnością skuszę się także na inne zapachy. Napiszę jego osobną recenzję, ale już mogę powiedzieć, że to najlepsze masło jaki do tej pory miałam.

Przypominam też, że do 6 marca w sklepie internetowym z kosmetykami Mythos, przy zakupach 2 kosmetyków, dostajecie pomadkę rumiankową gratis. Więcej o tym w poście tu >>.


  2. Korres Wild Rose 24-hour Moisturising Cream SPF6.
Używam całym luty i uwielbiam. Wcześniej miałam miniaturkę 20 ml i musiałam kupić pełne opakowanie. Bardzo dobrze nawilża, pięknie rozjaśnia, poprawia koloryt. 


Idealny na noc i na dzień. Wydajny. Uzależniona jestem od jego zapachu, niezwykle relaksujący. Nie zapycha, dobrze się wchłania. Moja cera go polubiła bardzo. Występuje także w wersji do cery mieszanej i tłustej. Cieszy mnie, że udało mi się go kupić na Truskawce w bardzo okazyjnej cenie ok. 30-31 PLN.


3. MAC Cień Shroom.
Mam go już chyba z 2 lata. Cały czas przez ten okres korzystam i lubię, ale w lutym wyjątkowo go sobie upodobałam. Idealny rozświetlacz! Zero nachalnych drobinek, czy ostrej perły. 


 Piękne satynowe rozświetlenie. Nie ma w sobie żółci czy bieli, ale złamany jasny beż/ecri. Wszystko też zależy od tego w jakim świetle na niego patrzymy. 


Upodobałam go sobie pod łuk brwiowy, w kącik oka, ale także w lutym często aplikowałam go na całą powiekę jako jedyny cień. Otwiera oko, a przy tym nie błyszczy się tandetnie. Bardzo lubię cień Inglot 395 jako rozświetlacz, ale jego np. nie wyobrażam sobie stosować na całą powiekę. Jest zbyt perłowy. Shroom nadaje się do tego znakomicie. 


Spokojnie też można go użyć do rozświetlenia na twarz np. na kości policzkowe czy nad usta.


 4. Rimmel Lasting Finish Matte Lipstick by Kate Moss w kolorze 102.
Mam ją kilka miesięcy. Od początku jest ulubienicą. W lutym wyjątkowo często gościła na moich ustach. 



Jest wyraźna, pigmentacja świetna. Uwielbiam jej wykończenie, matowe ale jakby z lekką satyną. Nie podkreśla niedoskonałości ust. Jest trwała. Nie wysusza. Świetnie się nosi. Schodzi równomiernie, ale naprawdę po bardzo długim czasie. 
  

Dostałam ją w prezencie, koloru sama nie wybierałam, a jest moim zdaniem najlepszy z całej gamy. Opakowanie także przypadło mi do gustu. Wiele osób w lutym, jak miałam ją na ustach, pytało co to za cudo? Nawet moja mama zażyczyła sobie jej kupienie dla siebie:) Preferuje ją z prostym makijażem ok. 


 Mam szczerą nadzieję, że post okaże się dla Was przydatny. Napiszcie proszę, co Wy szczególnie upodobaliście sobie w minionym miesiącu. Kosmetycznego, ale może nie tylko...

Pozdrawiam ciepło!
Magda