piątek, 31 maja 2013

Piękne stopy na lato? Tony Moly Shiny Foot Peeling Liquid. Recenzja.

Pisałam o nim krótko w denku z kwietnia >>. Obiecałam osobną recenzję. Oto ona.

Tony Moly Shiny Foot Peeling Liquid. Peeling do stóp z kwasami - w formie płynu.



Kupiłam ten produkt we wrześniu 2012 na ebay z Korei i zupełnie o nim zapomniałam. Na początku kwietnia na ok. 3 tyg. przed urlopem odkryłam go w czeluściach szuflady i postanowiłam zastosować. Niesamowicie pozytywnie mnie zaskoczył.

Co to w ogóle jest?
1. Peeling do stóp z kwasami. Ma postać płynu (jak woda) zamkniętego w 2 opakowaniach w kształcie stóp:)
2. W kartoniku otrzymujemy wspomniane 2 saszetki + 2 specjalne białe skarpetki foliowe wyściełane wewnątrz przyjemną tkaniną.


3. Produkt zużywamy w całości na raz.
4. Wg producenta kosmetyk ma dokładnie złuszczyć nam martwy naskórek na całych stopach. Sprawić by były miękkie, gładkie i miłe w dotyku. Po jego użyciu nasza skóra powinna być jaśniejsza, zdrowa, cudowanie zadbana czyli stópki jak u niemowlaka:) Obiecuje się nam efekt jak po drogim zabiegu w salonie SPA. Bez żadnego wysiłku fizycznego, ścierania, używania wymyślnych tarek, nożyków itp. Bez bólu, szczypania itp.

Jak stosujemy?



1. Na każdą czystą suchą stopę zakładamy osobną skarpetkę. Są one wysokie. Wyraźnie poza kostkę.
2. Do każdej skarpety wlewamy osobną całą saszetkę. Lekko potrząsamy nogą by płyn się dobrze rozprowadził po całości.
Ja jeszcze dłońmi dobrze dociskałam folię. Związujemy tasiemkami na górze.
3. Instrukcja podaje by czekać 1-1,5 h. Moja rada by trzymać stopy w płynie 1,5 h. Osobiście miałam skarpetki na sobie dokładnie 1,40 h.



4. Zdejmujemy i wyrzucamy. Skórę osuszamy.
5. Złuszczanie nie pojawia się od razu. Następuje to po 4-6 dniach. Po tym czasie skóra schodzi płatami i samoistnie bezboleśnie odpada. Ważne by nie pomagać jej w tym! Nie odrywam zatem jej sami. Nie trzemy tarką czy innymi narzędziami. Myjemy tylko stopy normalnie każdego dnia, kremujemy jeśli mamy taki zwyczaj i tyle.
6. Łuszczenie może trwać różnie czasowo. W zależności od grubości naszego martwego naskórka i stanu stóp. U jednych to może być 4 dni. U innych tydzień albo 10 dni.



Czy działa?
1. Peeling zadziałał u mnie znakomicie.
2. Po 3-4 dniach od aplikacji skóra na stopach zaczęła się łuszczyć. Na początku nieśmiało, małymi skrawkami. Po 5-6 dniach odpadała całymi płatami. Tam gdzie miałam lekkie zgrubienia (mam takie miejsce od lat na jednym palcu + na jednej pięcie), cały martwy naskórek odpadł idealnie. Proces ten trwał około tygodnia.
3. Zero bólu, szczypania, swędzenia itp.
4. Zapach po otwarciu saszetek mocno alkoholowy, ale po paru minutach totalnie niewyczuwalny.


4. Po 7 dniach stopy były pięknie gładkie, jaśniejsze, niezwykle miękkie. Bez zrogowaceń, twardych miejsc. Czułam jakbym pozbyła się z nich kilogramów skóry, a wcale nie były jakieś zaniedbane. Aż chciało się je gładzić, dotykać i pokazywać światu:) Na wakacjach w Stanach zero problemu! Stan świetnych stóp utrzymywał się kilka tygodni.
5. Pozbyłam się niechcianego naskórka nie tylko z pięt i spodniej części stopy. Ku mojemu zdziwieniu skóra także schodziła z palcy, między nimi oraz z wierzchniej strony stóp, choć oczywiście w mniejszym zakresie.
6. Krem jaki zawsze stosuje na noc, zaczął się o wiele lepiej lepiej wchłaniać. Skóra zwyczajnie miała lepszą możliwość jego absorpcji. Działanie zatem składników stało się o wiele skuteczniejsze.
7. Nie bójcie się, że jak skóra zejdzie to będzie Was coś boleć, szczypać lub odczujecie dyskomfort podczas chodzenia. Nic takiego nie ma miejsca. Ważne by jednak pamiętać, iż nie zdzieramy skóry samemu, bo np. nas denerwuje. Ona wie kiedy ma odpaść sama. Jeśli zaczniemy kombinować możemy porobić sobie rany i wtedy ból pojawi się na bank.

O czym warto pamiętać?
1. Jeśli wybieracie się na wakacje za kilka dni, a nawet tydzień to zdecydowanie odradzam zastosowanie tego kosmetyku. Chyba, że na urlopie będziecie zakrywać stopy i cały czas chodzić w skarpetach.

 

2. Temu produktowi trzeba dać czas. Moja rada by przed wyjazdem czy też wystawianiem gdziekolwiek swoich stóp publicznie, dać sobie czas min. 2 tyg (a nawet 3) na działanie tego peelingu.
3. Skóra naprawdę schodzi płatami. Nie wygląda to estetycznie. Wręcz naprawdę kiepsko. Radziłabym zrezygnować też np. z basenu. Będziecie w nim zostawiać bowiem swój materiał genetyczny:)
4. Będąc w domu także radzę zakładać skarpety, bo skórę zostawia się wszędzie. Ja najwięcej gubiłam je w czasie snu. Rano kiedy wstawałam, na prześcieradle miałam masy naskórka. W zdejmowanych skarpetach po całym dniu - również:)
5. Warto się jednak pomęczyć. Efekty są tego warte. Akurat ja użyłam tego specyfiku w kwietniu kiedy to w Polsce mieliśmy nawrót zimy. Nie miałam w związku z tym nawet jak wystawiać odkrytych stóp na widok publiczny.
6. Dyskomfort możemy także poczuć podczas 1,5 h siedzenia z peelingiem na stopach. Mamy bowiem przez ten czas zanurzone nogi jakby w wodzie. Nie jest ona ciepła. Choć w miesiącach letnich może być to przyjemne. Ja aplikacji dokonałam, kiedy temperatury na zewnątrz były niskie i po 40 min. czułam nieprzyjemne zimno na stopach i nie było to miłe.  Ale nałożyłam na folię ciepłe zwykłe skarpety i od razu lepiej. Miałam także wrażenie, że wtedy płyn lepiej dotykał skóry czyli efektowniej działał. Polecam takie rozwiązanie.

Gdzie kupić i jakie są koszty?
1. Ok. 9 m-cy temu płaciłam za niego na ebay około 20-22 PLN. Dostawa była bezpłatna. Teraz widzę, że cena waha się od 27-33 PLN. Wszystko zależy od kursu dolara i sprzedawcy.
2. Znajdziecie go u wielu sprzedawców koreańskich na ebay. Zwykle przesyłka nic nie kosztuje.

 

Podsumowanie
1. Zdecydowanie polecam produkt. Szczególnie przed urlopami itp. Efekt na stopach utrzymuje się bardzo długo. Przynajmniej u mnie tak było. Przez 1,5 miesiąca stopy miałam cały czas w takim samym stanie gładkości. Pamiętajcie jednak, że ważne jest by dodatkowo każdego dnia dobrze tą część naszego ciała nawilżać i natłuszczać.
2. Nie należy spodziewać się, że peeling ten raz na zawsze usunie nam martwy naskórek. Przecież on w koło narasta i na to cudów nie ma. Wg mnie jednak warto choć raz spróbować ten wynalazek.
3. Rezultaty znacząco przewyższają efekty tradycyjnego peelingu chemicznego, enzymatycznego czy też samodzielnego ścieranie naskórka różnymi narzędziami.
4. Słyszałam, że jakiś sklep internetowy w Polsce (nie wiem jaki) sprzedaje kosmetyk o identycznym działaniu za ok 100 PLN. Nie dajcie się zwieść. To Azja wymyśliła ten patent. Nie ma co przepłacać.
5. Kupię go na bank ponownie. Pewnie pod koniec czerwca. Polecam!


Uważacie, że to fajne rozwiązanie? Może używałyście tego kosmetyku? Jeśli tak podzielcie się doświadczeniami.
Skorzystam i ja i inni czytelnicy.

Pozdrawiam:)
Magda

wtorek, 28 maja 2013

Mythos Mleczko do opalania SPF 25 + Żel kojący po opalaniu. Recenzja.

Jadąc na urlop do Kalifornii zabrałam z sobą dwa produkty z serii słonecznej marki Mythos. Dziś przedstawię jak się sprawdziły i co o nich myślę.



Mleczko do opalania Mythos Suncare Milk SPF 25.
Kosmetyk na bazie oliwy, siemienia lnianego i aloesu.

  

Pełen skład z etykiety przedstawiam poniżej.
Butelka zawiera 200 ml produktu.

  

Kosmetyk pochodzi z Grecji. Chroni przez promieniami UVA i UVB. 



Moja opinia?
1. Bardzo dobrze ochronił moją jasną karnację, nielubiącą słońca przed upałami w Stanach. Gdybym tylko była na tyle mądra by użyć go od pierwszego dnia pobytu, a nie dopiero drugiego, uniknęłabym bolesnych poparzeń na stopach i rękach. No ale było pochmurno i wydawało mi się, że słońca nie ma...a tu taka niespodzianka:(
PS. Moja rada. W Kalifornii czy jest słońce oczywiste czy za chmurami, zawsze nakładajcie filtr! 

2. Rewelacyjna konsystencja lekkiego mleczka. Wchłania się błyskawicznie. Cudnie aplikuje. Zero maziania się po skórze. Brak uczucia lepkości. Nakładasz, wcierasz i w mig czujesz przyjemne nawilżenie. Skóra staje się miękka, gładka i bardzo przyjemna w dotyku. Co dla mnie ważne nie jest tłusta i nie przylepia się do niej wszystko z otoczenia, jak to często bywa przy użyciu innych filtrów. Ogromny plus za brak efektu bielenia. W ogóle on nie występuje.
  
  

3. Bardzo polubiłam zapach tego mleczka. Przyjemny, łagodny, z wyraźną nutą oliwy. Nie wiem jak to jest ale ja tam też wyczuwam kokos i choć w składzie nic takiego nie widzę, to ewidentnie ten kosmetyk kojarzy mi się z pięknym zapachem naturalnego lekkiego kokosa. Zero chemicznej woni.

4. Przez 3 tygodnie regularnego używania moja skóra wiele zyskała. Nie tylko chroniłam ją przed słońcem, ale stała się rewelacyjnie nawilżona.

5. Bez: parabenów, BHT, silikonów, GMO, syntetycznych barwników, oleju mineralnego.

6. Świetny dozownik. Nic nadmiernie nam się nie wylewa. Nie ma też szans by butelka otworzyła się nam np. w walizce w podróży. 

7. Sam wygląd i kształt butelki także na plus. Nie mam się do czego przyczepić. Lubię opakowania w bieli:)

8. Produkt jest bardzo wydajny. Używałam go na wyjeździe wraz z drugą osobą, a jeszcze zostało mi ok. pół butelki. Planuje urlop w lipcu, zatem będzie jak znalazł.

9. Nie można powiedzieć by mleczko to było bardzo tanie. Koszt w sklepie internetowym dystrybutora to 59,85 PLN/200 ml. W porównaniu z typowymi produktami drogeryjnymi z filtrem jest to może i drożej. Jednak biorąc pod uwagę skład, wydajność i dobrą jakość, ja jestem jak najbardziej na tak.
Poza tym aktualnie kosmetyki z serii słonecznej Mythos możecie kupić na bardzo ciekawej promocji.


O maśle waniliowym Mythos pisałam wiele razy. Moje KWC. Tu pełna recenzja >>.

10. Mleczko do opalania Mythos dostaniecie także z niższym filtrem SPF 15 >>. Koszt: 46,25 PLN/200 ml. Zawiera oliwę z oliwek, siemię lniane, a do tego masło shea i rozmaryn. Tej wersji jednak osobiście nie miałam.

11. Moim zdaniem produkty te można spokojnie nakładać na twarz. Mleczko jest niezwykle lekkie. Co prawda osobiście na buzię aplikowałam innym krem z wyższym filtrem, ale ten produkt wg mnie nie tylko nadaje się do ciała.

12. Nigdy mnie nie uczulił, nie zapchał, nie podrażnił.

13. Minusem może być brak powszechnej dostępności tych kosmetyków stacjonarnie. Wiem jednak, że pojawiają się w coraz większej liczbie aptek i sklepów zielarskich w Polsce. Blisko mojego domu akurat jest ich pełen asortyment. Warto szukać w zwykłych małych aptekach miejskich. Rozwiązaniem też jest wspomniany wyżej sklep internetowy.
Tu lista stacjonarnych miejsc w PL, gdzie marka Mythos jst dostępna: http://flax.com.pl/sklepy

Jeśli znacie jeszcze inne dodatkowe punkty sprzedaży, piszcie w komentarzach. Będzie to z całą pewnością przydatne dla wielu osób.
________________________________________________

Pora na przedstawienie Mythos Aloe Moisturizing & Cooling Gel.
Żel łagodząco-chłodzący po opalaniu i na oparzenia słoneczne. Oparty tak jak mleczko na oliwie z oliwek, siemieniu lnianym i aloesie. W składzie ma też oczywiście dobroczynny panthenol.

Krótko? Uratował mi życie!



Tak jak pisałam byłam na tyle nierozsądna by pierwszego dnia w Kalifornii, wybrać się na całodzienny spacer po Los Angeles i Venice Beach bez aplikacji żadnego filtra na ciało. Na twarz nałożyłam SPF 50, a resztę mojej skóry pozostawiłam bez niczego. Dlaczego? Bo było pochmurno:) Do tego chyba byłam tak pochłonięta chęcią zwiedzania i szybkiego wyjścia z hotelu, że zwyczajnie o filtrze zapomniałam. Duży błąd!
Na Zachodnim Wybrzeżu USA nawet jeśli nie czujesz upału, opalasz się niesamowicie. Szczególnie przy mojej jasnej karnacji, piegach i niezbyt dobrym tolerowaniu słońca w każdym natężeniu.
Efekt? Ogromne poparzenie nóg, rąk, ramion. Lewa stopa osiągnęła nawet stan poparzenia 3 stopnia, a prawa 2.

Żel Mythos to było wybawienie!


Co o nim sądzę?
1. Postać przezroczystego żelu bardzo szybko się wchłaniającego. Zero barwienia czy tłustości. Jeśli nałożymy go za dużo może powodować lekką lepkość skóry. Czasem mi się to zdarzyło, ale i tak zawsze stosowałam go na noc, więc szłam spać i specjalnie tego nie czułam. Wystarczy niewielka ilość by działał i wtedy tego efektu nie ma.


2. Niesamowicie łagodzi i koi. Czuć to od razu. Chłodzi bardzo przyjemnie, ale nie jest to dramatyczne uczucie zimna. Nawilża skórę, zmniejsza efekt zaczerwienienia.

3. Wg mnie nie tylko nadaje się na poparzenia. Warto go stosować po każdym opalaniu czy też większym wystawianiu się na słońce, nawet jeśli używamy dobrych filtrów. Przywraca skórze równowagę.

4. Zapach aloesowy dość ostry. Utrzymuje się spory czas na ciele. Nie każdemu może przypaść do gustu. Nie jest super piękny. Dość typowy dla tego typu kosmetyków. Mi nie przeszkadza.

5. Bez: parabenów, BHT, EDTA, silikonów, GMO, syntetycznych barwników, oleju mineralnego.

6. Zero pieczenia, swędzenia, alergii, zapychania itp. Mnie często aloes podrażnia i to ostro. Tu w obu kosmetykach z niczym się takim nie spotkałam. Jeśli więc podobnie jak ja reagujecie na aloes, to może ta informacja wyda się Wam przydatna?

7. Użyłam kilka razy na twarz i sprawdził się rewelacyjnie. Zdejmuje zaczerwienienie, opuchnięcia i zmęczenie w sposób momentalny.

8. Jak przy mleczku identyczna butelka z perfekcyjnym dozownikiem. Pojemność 200 ml.

 


9. Wydajność? Bardzo dobra. Naprawdę dużo stosowałam tego produktu każdego dnia podczas urlopu na noc (+ druga osoba) i dodatkowo na poparzone stopy czasem kilka razy dziennie. Zostało mi jeszcze ok. 1/4 butelki.

10. Cena w necie to 25,95 PLN/200 ml >>. Żel objęty jest taką samą promocją jak cała seria słoneczna.

11. Dostępność stacjonarna? Tak jak wyżej przy wrażeniach na temat mleczka SPF 25.

Podsumowując to szczerze mogę polecić oba produkty. Bardzo się sprawdziły. Będą mi  towarzyszyć nadal podczas nadchodzącego lata.

W skład serii słonecznej Mythos wchodzą oprócz recenzowanych:

- Mleczko do opalania SPF 15

Mam nadzieję, że ta recenzja okaże się dla Was przydatna.

Pozdrawiam
Magda

poniedziałek, 27 maja 2013

Moje Converse ze Stanów.

To co opłaca się kupować podczas pobytu w Stanach to na pewno są Converse. Nawet po przeliczeniu walutowym wychodzą taniej niż w PL. Poza tym wybór modeli ogromny i wiele z nich na wyprzedażach, promocjach itp. Warto szukać szczególnie w outlet'ach.
Lecąc na urlop zaplanowałam kupić sobie jedną parę krótkich białych klasycznych. Skończyło się na 3 różnych modelach:)


Nie wiedziałam, że największy problem będzie z kupieniem w moim rozmiarze standardowego modelu z paskami. W odwiedzanych przeze mnie sklepach na przestrzeni 5300 km jakie przejechałam po 3 stanach, za nic nie mogłam dostać mojego rozmiaru w bieli. Wszystkie kolory były, a białego jak na złość nie. Powiedziałam sobie: trudno, to nie woda, da się bez tego żyć:)


Aż tu na kilka godzin przed odlotem spacerując po Santa Monica i żegnając się z Ameryką, zupełnie przypadkiem spotkałam wybrany przeze mnie model w sklepie tuż przy znanym deptaku. Był wieczór, sklepik zamykano za 10 min, a ja własnie w tym momencie na nie trafiłam:)
Cena: $49,90.
Niestety nie były przecenione. Jak wszędzie mi mówiono, ten model w bieli prawie nigdy nie występuje na wyprzedażach, promocjach itp. i jest bardzo rozchwytywany od wielu lat.



To już wiecie co miałam na stopach podczas powrotnego lotu?:)


Kilka dni wcześniej w jednym z wielkich outletów w Las Vegas dorwałam na przecenie 50% off czarne długie z pomarańczowym suwakiem na boku i dodatkami w tym samym kolorze.



Kosztowały mnie $19,90.

 

Była ostatnia para w moim rozmiarze, więc ewidentnie czekały na to by ze mną wrócić do Polski i zwiedzić nasz piękny kraj!:)

 

W tym samym sklepie co czarne wybrałam też czerwone klapki.


Trochę takie jak dla mnie śmiechowe są:) Kupiłam je z myślą o urlopie pod namiotem w lipcu. Dokładnie już nie pamiętam, ale chyba kosztowały coś ok. $20.
  


Jeśli coś mogę doradzić przy zakupie obuwia tej marki, to wg mnie każdy model trzeba mierzyć osobno. Szczególnie jeśli nigdy wcześniej tych butów nie mieliście.
Każda z 3 par dla mnie jest w innym rozmiarze:)
Krótkie klasyczne białe to amerykańska 7 (UK - 5; EUR - 37,5; CM - 24).
Czarne za kostkę - amerykańskie 6,5 (UK - 4,5; EUR - 37; CM - 23,5).
Czerwone klapki - amerykańska 6 (UK-4; EUR - 36,5; CM - 23).

Posiadacie Converse? Lubicie? Może jesteście wielkimi fanami i staracie się zdobyć każdy najnowszy model, również z limitowanek? Dopiero w Stanach dowiedziałam się, że jest masa ludzi kolekcjonująca te buty, zupełnie tak jak inni zbierają znaczki czy muszle:)

Ściskam!
Magda

niedziela, 26 maja 2013

Amerykańskie prezenty od xbebe18.

W poście o kolorówce kupionej w czasie urlopu w Kalifornii, pokazałam Wam dwa makijażowe kosmetyki otrzymane od Pauliny xbebe18 na naszym wspólnym spotkaniu w San Francisco.

Podarunków było o wiele więcej.


Mydło do dłoni z Bath&Body Works o zapachu truskawek.

Woń obłędna! Wygodna pompka. Gęsta konsystencja jakby musu truskawkowego z zatopionymi małymi drobinkami lekko ścierającymi. Uwielbiam go! Służy mi od przyjazdu z urlopu niezmiennie cały czas.

Żel pod prysznic Philosophy Shower Gel Wedding Cake.
Nie mogę się doczekać kiedy zacznę go używać. Wykańczam aktualnie resztki innych żeli stojących pod prysznicem, ale niedługo zabiorę się za niego. Zapach tortu weselnego? Hmmmm....brzmi kusząco:)

 

Almay Oil-free liquid makeup remover.
Płyn do zmywania makijażu oczu. Czeka na testy.

Lancome Creme Douceur.
Krem do zmywania twarzy. Chciałam od dawna go przetestować. Dzięki Paula! Również czeka na otwarcie.

 

H2O Spa Hand & Nail Cream.
Krem do dłoni i paznokci. Ta marka nie jest mi znana. Ale uwielbiam próbować nowe kosmetyki do rąk, gdyż jestem ich fanką. Prezent cieszy mnie zatem bardzo.

Formula 10.0.6 Deep Down Detox Ultra-Cleansing Mud Mask.
Maseczka oczyszczająca kaolinowa. Nie wiem skąd xbebe18 wiedziała o tym, że swego czasu dużo o niej czytałam w sieci i po świetnych opiniach zapragnęłam mieć. Nigdy się tym nie chwaliłam, a tu taka niespodzianka podarunkowa:) Za tydzień w weekend planuje jej pierwsze użycie.

 

Od Pauliny dostałam jeszcze kilka maseczek w saszetkach i tonik. Tymi produktami za aprobatą Pauli podzieliłam się z koleżanką Sandrą:)

Pięknie jeszcze raz dziękuję za podarunki!


Znacie może któryś z kosmetyków? Jak wrażenia?

Magda

Kolejny odcinek zakupów w USA. Pielęgnacja kosmetyczna.

Kolorówkowe i perfumowe zakupy z podróży do USA już były >>. Dziś pora na pielęgnacje. Nie ma tego dużo, ale coś tam Wam pokażę, zgodnie z obietnicą:)


Dwa filtry jak do tej pory niedostępne w Polsce.

  

La Roche-Posay Anthelios 50 Daily Anti-Aging Primer with Sunscreen. 
Dowiedziałam się o nim z filmu Kasi - Kasia D z YT >>. Jej rzetelna recenzja bardzo mnie przekonała. Postanowiłam, że koniecznie podczas pobytu w USA muszę poszukać tego kosmetyku. W Ulta w jakiej byłam, stał ostatni na półce. Widocznie czekał specjalnie na mój przylot:) Po 3 tyg. używania jestem nim zachwycona. Jak na razie jakościowo mój ideał. W końcu dobry wysoki filtr znakomicie nadający się pod makijaż (idealna baza), do tego działający przeciwzmarszczkowo, totalnie niebielący i niepowodujący świecenia się skóry. Jeszcze poużywam dłużej i oczywiście napiszę o nim głębszą recenzję. Minus niestety za wysoką cenę, pojemność 40 ml (już kurcze mogli dać choć 50!) i brak dostępności stacjonarnej w PL.

Neutrogena Clear Face Breal-Out Free Liquit Lotion Sunscreen Broad Spectrum SPF 50.
To drugi filtr do twarzy. Zawiera słynny kompleks Helioplex. Wiele dobrego o nim słyszałam. Cena dużo niższa od tego z LRP. Neutrogeny jednak jeszcze nie otwierałam, więc nic na jego temat nie mogę powiedzieć.

Kolejna rzecz to zapasowe szczoteczki do mojej Clarisonic. W Polsce nie można ich kupić stacjonarnie, a ceny na Allegro wysokie. Zdecydowałam się na dwupak, gdyż wychodził taniej niż pojedyncze sztuki. Będę miała zapas. Do tej pory posiadałam tylko odmianę do cery wrażliwej. Teraz odkryłam, że są też takie do głębokiego oczyszczania porów - Deep Pore Cleansing. Mam z tym od czasu do czasu problem, stąd decyzja by przetestować właśnie je.



Tuż przy kasie sklepowej w Ulta zobaczyłam krem do dłoni w ciekawym opakowaniu - EOS Hand Lotion.



Widziałam je już od miesięcy na wielu filmikach na YT. Posiadam od dawna dwa "jajeczka" balsamy do ust tej marki, skusiłam się także na ten gadżet:) Od razu po wyjściu ze sklepu zaczęłam używać i powiem szczerze, że naprawdę przyjemny. Idealny do torebki, samochodu, w podróż. Nic się nie wylewa, nie rozpuści nawet w wysokich temperaturach. Sam krem dobrze nawilża, błyskawicznie się wchłania, ładnie pachnie i jest bardzo ok. Była również wersja ogórkowa i kwiatowa. Moja to standardowa.

Podróżując wzdłuż niesamowitego wybrzeża Kalifornii - Big Sur (miejsca absolutnie obowiązkowe podczas podróży do tego stanu USA!), w jednym z tamtejszych niezwykle klimatycznych sklepików przydrożnych, uwagę moją zwróciły ekologiczne mydełka.

Big Sur Country Soap.
To ręcznie wyrabiane w 100% naturalne mydła. Tu strona producenta >>.


Mydełka dostępne są w różnych wersjach zapachowych. Ja wybrałam mandarynkę z lawendą. Pachnie przepięknie. Cała walizka cudnie przesiąkła tą wonią. Mydło czeka na swoją kolej testową. Na razie jest nienaruszone.


W Big Sur kupiłam także 3 ochronne pomadki.

Hive Balm Lip SPF 15 Coconut.
Organiczny, w 100% naturalny balsam do ust. Wybrałam kokos. Więcej o tej firmie poczytacie tu >>. Pomadka leży w szufladzie jeszcze nieotworzona.

Alba Botanica Mineral TerraTints Lip Balm Bloom.
Również w 100% naturalny produkt. Od razu po zakupie zaczęłam go używać i zakochałam się! Niespotykane połączenie smakowo-zapachowe. Kwiaty + mięta. Lekko chłodzi usta, ale bez efektu zimna. Cudnie naturalnie pachnie kwieciem. Dobrze chroni, natłuszcza i nawilża. Do tego daje ładny połysk i lekką różową poświatę. Już żałuję, że nie kupiłam innych produktów do ust (i nie tylko) tej marki, a było ich wiele. O firmie Alba Botanica więcej dowiecie się na stronie firmowej >>.

   

 Trzeci sztyft to OraLabs Essential Lip Natural SPF 15 Mini Lip Balm Citrus Grove.
Miniaturkowy za grosze, bezbarwny, mocno cytrusowy. W sam raz do kieszeni:) Przyjemny w stosowaniu. Nie mam mu nic do zarzucenia. Firmowa strona OraLabs >>.

 

 Z zakupów kosmetycznych w Stanach to już wszystko. Tak jak pisałam wcześniej, dostałam także sporo kosmetyków
od - xbebe18. Prezenty od Pauliny pokażę w kolejnej notatce.
Kupiłam też troszkę innych akcesoriów, butów i ciuchów, ale nie wiem czy mielibyście chęć je także zobaczyć? Dajcie znać.

Magda