Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Floslek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Floslek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 listopada 2015

Denko kosmetyczne. Recenzje 20 produktów pielęgnacyjnych. Evrēe, Fa, Sylveco, Pharmaceris T, Sanex, Lush, Verona, Isana, Avene, Floslek, Alverde, Perfecta...

Większość świetna. Jest jednak kilka wpadek. Chętnie dowiem się, czy znacie te produkty i co o nich myślicie?


Znakomity kosmetyk. Nie spodziewałam się, że krem kupiony na promocji za około 6 PLN, może okazać się tak wyśmienity. Pielęgnuje, odżywia, długotrwale nawilża. Skóra dłoni staje się miękka, gładka, przyjemna w dotyku. Bardzo porządny krem. Do tego tani i wydajny. Gęsty, ale wchłania się szybko. Zero lepkości, tłustej warstwy itp. Na zimę - ideał. Przyjemny zapach. Same plusy. Nawet przy bardzo zniszczonych dłoniach, migiem je regeneruje i ochrania przed czynnikami zewnętrznymi. Dobry skład, łatwa dostępność. Nie znajduje minusów. Z całą pewnością sięgnę po inne wersje. Ulubieniec ostatnich miesięcy. 

Prawie dwa lata temu używałam i sięgnęłam ponownie. Lubię i jak widać wracam. Znalazł się w ulubieńcach stycznia 2013, gdzie więcej o nim poczytacie. Delikatny i skuteczny, niesamowicie wydajny. Pięknie pachnie rumiankami i ma dobry skład. Można spokojnie nim myć oczy. Zmywa świetnie cały makijaż. 


To również powrót. Jeden z ulubionych żeli pod prysznic. Moja 2 lub 3 butelka. Przepiękny zapach i dużo olejków w składzie. Kąpiel z nim do czysta przyjemność. Nawilża i lekko natłuszcza ciało. Zero wysuszenia. W połączeniu z wodą tworzy na skórze cudowny myjący krem. Kocham. Opisałam go szczegółowo w ulubieńcach maja 2014. Zajrzyjcie, proszę.

Warta zakupu. Nieziemski zapach, super działanie. Włosy po niej rozczesują się błyskawicznie. Są gładkie, lśniące, zdyscyplinowane. Świetnie radzi sobie z moją skłonnością do puszenia się fryzury. Musiałam jednak aplikować odżywki niewiele. Gdy przesadziłam, szybciej kosmyki stawały się tłuste. Być może dlatego, że produkt dedykowany jest włosom suchym i zniszczonym. Ja takich nie mam. Dlatego minimalna ilość jest dla mnie wystarczająca. Bardzo ją polubiłam i szczerze polecam.


Teraz będzie konstrowersyjnie. Ten micel jest niezwykle wychwalany. To nie jest zły produkt, ale mnie nie ujął. Zmywa twarz dobrze, ale nierewelacyjnie. Z prostym makijażem oczu (bez eyelinera - mam makijaż permamentny) radził sobie słabo. Musiałam poprawiać Biodermą. Nie jest wydajny. Lekko się pieni, co mnie okrutnie denerwuje. Na domiar złego śmierdzi starą PRL-owską apteką. Znam doskonale ten zapach, gdyż jako dziecko wiele godzin spędzałam w takiej aptece, gdzie pracowała moja babcia. Do tej woni można się z czasem przyzwyczaić, ale to nie jest nic przyjemnego. Walorem jest fakt, że kompletnie nie podrażnia, jest łagodny, dodatkowo koi i nawilża, ma dobry skład. Bioderma nadal jednak zostaje moim nr 1. Ponownego zakupu Sylveco nie będzie.

Polecam gorąco. Świetnie oczyszcza. Pozwala trzymać cerę w ryzach. Łagodnie złuszcza i niweluje część zaskórników. Już po tygodniu widziałam na mojej twarzy rozjaśnienie, mniejsze wydzielanie sebum, czułam także przyjemną gładkość. Rekomenduje go nie tylko osobom, które borykają się z trądzikiem czy cerą tłustą. Każda skóra, nawet sucha, ulega zanieczyszczeniom i ma od czasu do czasu krostki, wypryski. Ten płyn szybko je niweluje, przyspiesza też gojenie ran, zadrapań itp. Kwas migdałowy działa cuda, do tego jest bezpieczny. Świetny wstęp do zastosowania mocniejszych kwasów lub ich uzupełnienie. 2% to niewiele, ale na początek będzie dobrym wyborem. Dodatkowym plusem jest to, że nadaje się do nawet najbardziej wrażliwych cer np. naczyniowych. Może też być używany w upały. To rodzaj kwasu, który nie wchodzi w reakcje ze słońcem. Razem z kremem 5% lub 10% z tej serii tworzy świetny duet. Będzie kolejna butelka.

7. Neutral Szampon przeciwłupieżowy.
Nie mam łupieżu i w tej kwestii wypowiedzieć się nie mogę o działaniu tego szamponu. Natomiast będę go wychwalać za świetny poziom oczyszczenia. Włosy po nim były niezwykle sypkie, długo świeże. Kompletnie bezzapachowy, może spodobać się mężczyzną. Duża wydajność i całkiem dobry skład. Jeszcze do niego wrócę.

Rozczarował. Zbiera dobre opinie. Kupiłam na promocji, ale nie zdał egzaminu w upały. Pewnie zimą przeszedł by test pozytywnie, ale źle trafił. Powyżej 30 stopni wymiękł. Ogólnie coś mi w nim nie grało. Nie czułam się z nim super komfortowo. Nawet gdy temperatury spadły poniżej 20 stopni. Niewydajny. Dziwny jakiś. Znam tańsze i dużo lepsze.


Zużyłam dwa te szampony. Pokazuje metalowe opakowanie, gdyż kostki znikły podczas mycia, wiadomo.
Lawendowo-rozmarynowy, dobrze oczyszczający. Przeznaczony głównie do szybko przetłuszczającej się skóry głowy. Relaksuje, wybornie pachnie, czyści na błysk. Włosy są puszyste, lśniące, zdrowe. Efekt znakomity. Ze względu jednak na silne działanie oczyszczające, nie polecam do częstego używania. Można przedobrzyć. Zdaje się nigdy nie kończyć. Wydajność ogromna. Daje gęstą pianę. Doborowy na wyjazdy. Zajmuje mało miejsca i prawie nic nie waży. Nie ma obawy, że nam się wyleje w bagażu. Nie mogę tego powiedzieć na 100%, ale wydaje mi się, że nie będzie odpowiedni dla włosów farbowanych. Może przyspieszać wypłukiwanie farby. Aktualnie mam włosy naturalne i dla mnie nie było z tym problemu, ale słyszałam takie głosy i skłaniam się ku temu, że mogą być słuszne.

10. Lush Ultimate Shine Nabłyszczający szampon w kostce.
Nie wiedziałam, że szampon może nadawać tak piękny połysk. Włosy lśnią, efektownie odbijają światło. Wyglądają na zdrowsze. Jak z reklamy. Serio, serio. Ma drobinki brokatu, ale są one bardzo dobrze zmielone. O dyskotekowej kuli zamiat głowy nie może być mowy. Widok błyskawiczny i porządany przed ważnym wyjściem, imprezą. Podobnie jak powyższa kostka, starcza na długo i sprawdzi się w podróży. Szerszego działania nie zauważyłam. Niestety może przetłuścić kosmyki. Szybciej po nim myłam głowę, niż po innych. Mimo wszystko polubiłam i chętnie aplikowałam raz na jakiś czas. Szukałam go na brytyjskiej stronie Lush'a i nie znalazłam. Chyba nie jest już dostępny.

11. Oriflame Hand Treatment Mask Maska do dłoni.
W ciągu kilku lat zużyłam kilka opakowań. Nie wiem nawet czy nadal jest w sprzedaży. Jestem zakochana w tym zapachu. Cudnie migdałowy. Używałam na noc jako krem lub grubszą warstwę jako maska. Kładziesz to przed snem, a rano budzisz się z dłońmi księżniczki. Delikatne, gładkie, niesamowicie nawilżone. Aż chce się je w koło dotykać. Starcza na wiele miesięcy. Relaksacyjna i dobrze pielęgnująca. Faworyt od lat w pielęgnacji dłoni. Lubię również tradycyjne kremy w tubkach z tej serii. 


Wszystko by było ok, ale czy to musi tak śmierdzieć? Dostałam na spotkaniu blogerów urodowych w Jastrzebiej Górze. Kosmetyk nowy, świeży, prosto od producenta. Poza tym to nowość i nie mógł stać na półce sklepowej milion lat świetlnych. Woń jest okrutna. To jakby zebrać 30 par brudnych skarpet noszonych cały dzień przez pracowniów fizycznych. Wrzucić je do wody i zagotować, a następnie powstały "wywar" schłodzić. Dramat. Za każdym razem to czułam i w miarę upływu czasu mój nos w ogóle się nie przyzwyczajał. Poza tym dużym minusem, dobrze zmywa twarz i oczy. Nie podrażnia. Odrobine się lepi, ale można to przeboleć. Ujędrnienia nie zauważyłam. Nie wysusza, lekko koi, rozjaśnia. Ale ze względu na skarpety...powtórki u mnie nie doczeka.

13. Isana Rasier Schaum Pfirsich Brzoskwiniowa Pianka do golenia dla kobiet.
Koszmar. Trafiła kiedyś w poście do totalnych bubli. Była swego czasu na nią moda. Wszyscy się zachwycali. Dla mnie to jakieś nieporozumienie. Zapach sztuczny, chemiczny, odpychający. Wydajna niezwykle i tania, ale do bani. Wychodzi gęsta piana, a po 2 sekundach na nogach znika. Wcale nie ułatwia golenia. Każdy zwykły żel pod prysznic robi to lepiej. Nie nawilża, nie koi. Zero działania. Męczyłam się z nią. Trafiła w róg szafki, potem w czasie porządków okazała się przeterminowana i skończyła w koszu.

Stosuje od nastu lat. KWC. Niepamiętam ile zużyłam butelek. Ale zapewne ponad 15. Nie znam lepszej. Dla mnie niezbędnik przez cały rok. Uniwersalna. Docenią ją głównie osoby z często "płonącymi" policzkami, wrażliwcy i naczyniowcy. Trafiła do ulubieńców lipca 2013, gdzie szerzej omawiam moją miłość do niej i zastosowanie. Zajrzyjcie koniecznie.


Recenzowałam ją w notce z 2012. Zdanie pozostaje niezmienne. Bardzo dobra polska maseczka do cery naczyniowej. Skuteczna, tania, spełnia większość obietnic producenta. Błyskawicznie łagodzi i zdejmuje z twarzy zaczerwienienie. Mało co koi tak jak ona. Nawilża, rozjaśnia. Przy regularnym stosowaniu wzmacnia naczynka i zapobiega ich pękaniu. Stale wracam do tego kosmetyku i niezmiennie cenię.

Na przestrzeni lat był kilkakrotnie w moich denkach. Lubię go mieć. Starcza mi na wiele miesięcy. Nie używam każdego dnia, ale kiedy czuję, że moje włosy są matowe, bez wyrazu, (nawet zaraz po umyciu) to sięgam po ten nabłyszczacz. Kilka pryśnięć z daleka wystarczy by fryzura zyskała nową jakość. Nie obciąża, nie tłuści. Dobry na ważne wyjścia, imprezy. Tani i sprawdzony. 

17. Alverde Lotion do ciała z mango.
Dostałam w prezencie. Uwielbiam mango, ale to nawet koło tego owocu nie stało. Dziwny zapach. Raczej odpychający. Sam lotion dobrze się wchłaniał, ale na tym zalet koniec. Nie nawilżał, nie wygładzał, nie ujędrniał. Zero rezultatów. Pozostawiłał skórę lepką, jakbyśmy się wysmarowali kurzym białkiem. Blee... Dawałam kilka razy szansę i skapitulowałam. Lubię kosmetyki tej marki, ale to niestety bubel. Minął termin ważności i butelka poszła do śmieci.


18. Naturalny olejek z drzewa herbacianego.
Must have. Zawsze w moim domu. Cudo na wypryski, krostki, zaskórniki. Można stosować samego, również z maseczkami, żelami myjącymi, tonikami. Nie raz w moich denkach. Szczegółowa recenzja w poście z 2012 roku

19. Tami Bawełniane chusteczki higieniczno-kosmetyczne.
Nabyłam skuszona wieloma zachwytami blogerek i youtuberek. Spróbowałam małe podręczne opakowanie do testów. Miały świetnie zmywać maseczki glinkowe, służyć do wycierania twarzy po umyciu itp. Dla mnie bardzo słabe. Szybko się rwą. Do maseczek totalnie się nie nadają. Owszem bardzo miękkie, delikatne, przyjemne, ale za cienkie i za słabe. Trzeba użyć minimum 2 szt. na raz. Niewydajne i przez to nieekonomiczne. Znam lepsze o niebo i wkrótce Wam je zaprezentuje. 

Perfecta produkuje dobre jakościowo maski. Ta także trzyma poziom. Daje rozświetlenie, piękny zdrowy połysk, rozjaśnienie i nawilżenie. Dobra przed ważnym wyjsciem, gdy cierpimy na zmęczenie lub na twarzy pojawiła się szarość. Godna uwagi. 


Mam nadzieję, że post okazał się dla Was przydatny i będziecie wiedzieć po co sięgać, a co omijać z daleka:)

Uściski!

czwartek, 5 lipca 2012

Ciąg dalszy denka - czyli torba zużytych maleje. Odcinek II: Kąpiel i zapachy

Druga część ogromnej torby z zużyciami w ramach projektu denko to kosmetyki do kąpieli i pod prysznic oraz zapachy.
Pierwszy odcinek siedzi sobie tu>>


1. Peeling do ciała Bebeauty - z Biedronki. Zapach winogrona.
200 ml - za około 5-6 zł.
Cena świetna.
Produkt naprawdę ok. Miło mnie zaskoczył.
Pachnie winogronami rzeczywiście, choć zapach jest podszyty chemią.
Nie jest super wydajny, ale znam droższe jeszcze mniej wydajne.
Ogólnie produkt bardzo w porządku. Ścieranie jak dla mnie takie akurat. Spisał się bardzo dobrze.
Mam jeszcze zapach mango i pewnie za jakiś czas jeszcze go kupię, choć na razie peelingów u mnie pod dostatkiem.


2. Żel pod prysznic o zapachu Lawendy - 165 ml.
Tego produktu raczej nie kupicie. Dostałam go w prezencie podczas firmowego wyjazdu do Hiszpanii.
Produkt robiony na zamówienie dla jednej z firm - niekosmetycznej.
Zapach w porządku, choć nie do końca czysto lawendowy.
Lekko przesuszał mi skórę. Połowę zużyłam pod prysznicem, a połowę jako mydło do rąk w kuchni.
Nic specjalnego. Ale darowanemu koniowi...:)


3. Żel pod prysznic Balea - Balea Dusche & Ölperlen Queen of the night.O zapachu kwiatu Columbine - 250 ml.
Żel ma sobie perełki nawilżające.

Nie wiem ile kosztuje. Dostałam go w prezencie. Jednak wiem, że kosmetyki Balea nie są w Niemczech drogie.
Szkoda, że w Polsce nie do dostania.



Bardzo przyjemny żel. Wydajny. Dobrze się pieni. Na początku drażnił mnie jakoś ten zapach. Nie uznałam, że jest cudny. Potem o dziwo bardzo go polubiłam. Nie wysuszał mi skóry.
Jeśli tylko kiedyś będę miała taką możliwość chętnie kupię jakiś żel tej marki.

4. Żel peelingujący Body Therapy z Marion - biała czekolada i pomarańcza.
Kupiłam głównie dla zapachu. Uwielbiam takie połączenie. Występuje też w innych kombinacjach zapachowych.
Kosztuje grosze - ok. 3-4 PLN/100 ml.
Nie jest może super wydajny, ale polecam raz na jakiś czas dla relaksu:)
Nie ściera jakoś wyjątkowo, ale bardzo delikatnie. Czasem wolę takie ścieranie niż mocne.


Blisko siebie mam drogerię dobrze zaopatrzoną w kosmetyki Marion, więc pewnie za jakiś czas skuszę się jeszcze na jakiś innych zapach.

5. Żel pod prysznic z Dauglas - Any Size Any Time Generous Foam Shower Gel.
75 ml - 8,90 PLN.



Kupiłam go przed wyjazdem na majówkę. Wersja mała. Występuje jeszcze w wersji 500 ml za 34,90 PLN.
Mała tubka na wyjazdach jest świetna.
Ale samego żelu nie polecam i więcej go nie kupię.
Wydajność nawet ok. Jednak żel ma dziwny zapach - nie umiem go określić. Nie należy do przyjemnych. Trochę jak jakiś środek do czyszczenia.
Jest bezbarwny, średnio się pieni i lekko wysusza skórę. Ogólnie jestem na nie.
Myślałam, że polubię go skoro pokochałam ich chusteczki do demakijażu (recenzowane tu>>), ale niestety...

6. Żel pod prysznic King&Queen's - Queen Elizabeth.

Miniaturka - 30 ml.
Zamówiłam kiedyś zestaw tych kosmetyków na Truskawce za około 30 zł na wyprzedaży. Między innymi były tam trzy miniaturki tego żelu.
Nie wiem ile kosztuje w normalnej pojemności.
Marka chyba niedostępna w Polsce. Z mojego śledztwa wynika, że to ta sama firma co marka Korres - ale pewności nie mam.



Zapach - miodowy. Naprawdę czysty miód. Żel ma perłową taką miodową konsystencję i kolor.
Nie przepadam akurat bardzo za zapachem miodu w kosmetykach, ale jeśli kochacie taką woń - bylibyście zadowoleni:)
Myje ok, pieni się w miarę dobrze, ale nie jest wydajny. Ma w sobie lekkie drobinki rozświetlające. Żaden brokat. Skóra ładnie lśni po jego użyciu.
Fajnie było przetestować, ale nie skusiłabym się na duże opakowanie.

7. Korres Jasmine Shower Gel - Jaśminowy żel pod prysznic.
Kupiłam go na Truskawce na wyprzedaży w zestawie po 2 szt. różnych zapachów. Na razie zużyłam ten.
W secie były dwie buteleczki po 50 ml. Koszt około 18-19 PLN.


Korres to marka kosmetyków naturalnych z Grecji. Ten żel pachnie przepięknie.
Bardzo naturalnie bez cienia chemii, którą ja w sumie wyczuwam wszędzie:)
Kosmetyk pieni się fajnie, skóra po nim nie jest ściągnięta czy przesuszona. Jest wydajny.
Bardzo go polubiłam. Prysznic z nim to była rozkosz!
Niestety w PL - w salonach Sephora kosmetyki tej marki są drogie. Z tego co kojarzę żel 250 ml kosztuje około 55-60 PLN.
W tej cenie raczej go nie kupię. Będę polować na promocje na Truskawie albo w TK Maxx, bo tam też można je dostać czasem. Choć nie zawsze ceny są takie super promocyjne.
Jak na razie mam jeszcze 3 butelki po 50 ml - innych zapachów:)

8. Alverde Winter-Wohlfühl-Bad Goldhirse Mandelblüte. Płyn do kąpieli - prosto + kwiat migdału - 300 ml.
Kolejny kosmetyk niemiecki jaki dostałam. Nie mam pojęcia ile kosztuje.

Podobnie jednak jak Balea nie są to drogie kosmetyki u naszych zachodnich sąsiadów.

Zapach - niesamowicie unikatowy. Znakomite połączenie. W żadnym kosmetyku nie czułam takiej woni.
Kojarzyła mi się z dzieciństwem, zapachem wakacji na wsi u mojej cioci na Mazurach. Czysty piękny naturalny. Świetny skład.
Używałam go podczas kąpieli w wannie, już wiele tygodni temu kiedy jeszcze nie było ciepła u nas.
Starczył mi na bardzo długo. Dawał super pianę. Skóra po nim była bardzo miękka i przyjemna w dotyku.
To kosmetyk jaki może nie uczyni cudów ze skórą. Ale dawał mi niesamowity relaks!


Na butelce jest informacje, że to wersja limitowana. Nie wiem, bo nie znam się na limitowankach tej marki.
Podobnie jak z Baleą - jeśli kiedyś będę miała możliwość kupna tego produktu to z całą pewnością to uczynię. Wrzucę do koszyka ten zapach lub inne.

9. Próbka żelu do higieny intymnej z Floslek. Babka lancetowata + prebiotyk.
Pełnowymiarowe opakowanie ma 200 ml o kosztuje ok. 14-15 PLN.

Po jednej próbce chyba ciężko stwierdzić czy jest świetny czy nie.
Ale po jednym użyciu zrobił na mnie dobre wrażenie.
Pieni się w porządku, konsystencja ok, łagodny.
Nie wykluczone, że kupię go kiedyś. Na razie zużywam inną dużą butlę.
Zachęcające jest też to, że jest w opakowaniu z pompką:)


Jeśli chodzi o zapachy to zużyłam dwie wody toaletowe.


1. Elizabeth Arden Green Tea.
Zapach chyba znany wszystkim. Niskopółkowy, ale przeze mnie bardzo lubiany.
Uwielbiam zapach zielonej herbaty!
Wracam do tej wody co jakiś czas od lat.
Odświeża, pobudza i świetnie pasuje na wiosnę i lato.
Jest lekka, może nie jakoś super trwała, ale dla mnie w porządku.
Z tego co kojarzę 50 ml kosztuje około 50 PLN.
Jednak bardzo często w Rossmann i Super-Pharm jest na promocjach. Nigdy nie kupiłam jej jeszcze w regularnej cenie. Teraz robię sobie od tego zapachu przerwę, ale pewnie kupię go jeszcze nie raz:)

  
                            
2. John Galliano Parlez-Moi d´Amour.
30 ml około 100-120 PLN.
Nie pamiętam dokładnie, bo kupowałam tą wodę już kilka miesięcy temu. Była też wtedy w Super-Pharm na promocji.

 Nie przepadam za słodkimi zapachami. Ten może nie jest czysto słodki, ale ma w sobie sporą dawkę słodyczy. Mimo wszystko bardzo mi się spodobał.
Przepiękny flakonik w formie listu. Bardzo efektownie wygląda.
Woń jest mocno intrygująca, ciekawa. Miałam sporą fazę jakiś czas temu na używani tylko jej. Zwykle lubię zmieniać zapachy, bo kilka ich mam. Ale przy tym tygodniami, nie używałam niczego innego.
To nie jest najlepsza woda toaletowa na świecie:), ale chcę kupić flakonik jeszcze raz, bo naprawdę dobrze mi się kojarzy.
Niestety co jakiś czas patrzę i w Super-Pharm za nic go nie dostrzegam.
Może podpowiecie mi gdzie można kupić?

__________________________________________________

A dziś jemy czy pijemy....?:)

Po około 10 dniach przerwy powróciłam do napojów na bazie zielonej pietruszki. Tęskniłam za nimi i każdemu polecam.
Dziś opcja jak poniżej:) Wariantów jest cała masa.

    
                                              
Ściskam!!!
Magda

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Floslek Krem maseczka. Seria do skóry z problemami naczyniowymi. Super ukojenie! Recenzja.

Maseczkę zakupiłam jeszcze podczas sporych mrozów.
Zima to duże wyzwanie dla mojej cery, naczynek i skłonności do rumienia. Jednak z zaczerwienieniem skóry w sumie zmagam się przez cały rok.


Nie mam złudzeń, że jakieś produkty kosmetyczne kompletnie zlikwidują problem aktywności naczynek, rumienia itp. Niestety u mnie to sprawa genetyczna, a jeśli do tego jest się płytko unaczynionym, żadne kosmetyki tego nie usuną.

Przekonałam się jednak, że warto przy takiej cerze sięgać po maski kojące, uspokajające skórę i wyciszające ją. Szczególnie jest to istotne w czasie zimy, ale także w okresie upałów, dużego nasłonecznienia oraz gdy wieją silne wiatry.


Maseczka z Floslek bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Przede wszystkim super uspokaja cerę, rozjaśnia ją i zmniejsza zaczerwienienie. Efekt widoczny zaraz po pierwszym zastosowaniu! Naczynka są wyraźnie obkurczone, rumień o wiele mniejszy, a cera dobrze nawilżona. Skóra jest miła w dotyku, gładka i miękka. Wszelkie podrażnienia np. po peelingu, ranki czy inne problemy skórne są złagodzone i mniej widoczne. Bardzo też fajnie chłodzi skórę, ale bez jakiegoś efektu nadmiernego zimna.

W sumie zgadzam się z wszystkim co producent zawarł na jej opakowaniu.
Wyciąg z kasztanowca oraz witamina C - składniki super działające na naczynka czynią tu świetną robotę:)
Maseczka nie podrażniła mnie, nie uczuliła. Nie spowodowała szczypania skóry ani nic podobnego.
Nie zapchała mojej skóry i jej nie wysuszyła.
Świetnie się aplikuje, nie spływa z twarzy. Ma konsystencję gęstego kremu. Dobrze się zmywa.
Aplikacja z tubki jest wygodna. Ja zawsze maskę zmywam z twarzy, ale myślę, że spokojnie można też ją zostawić na noc jak krem.
Wydajność - całkiem w porządku.
Pojemność to 75 ml.
Nie ma zapachu. Co dla mnie jest dużym plusem.
Posiada lekko żółtawy-beżowy kolor.


Zgodnie z radami producenta przez pierwsze 7 dni stosowałam ją każdego dnia na wieczór. Floslek zaleca trzymać maseczkę do 10 minut. Ja czasem nie zmywałam jej przez około 30 minut i wszystko było ok. Po tygodniu maseczkę stosowałam mniej więcej raz na 7 dni, teraz jest to raz na jakieś 10 dni.

To jedna z niewielu maseczek, która naprawdę spełnia obietnice producenta.
Polecam ją wszystkim "naczynkowcom", osobom ze skłonnością do rumienia, płytko unaczynionym itp. Myślę, że maska także świetnie się sprawdzi na skórze skłonnej do podrażnień, wrażliwej, alergicznej.

Będzie także świetna po depilacji twarzy np. woskiem. Albo gdy poddajecie skórę różnym zabiegom np. manualnego oczyszczania, kwasom itp. Świetnie ukoi oraz zmniejszy zaczerwienienia czy podrażnienia. Ja np. stosuje ją na okolice pod brwiami po ich regulacji i w tym przypadku sprawdza się znakomicie!

Aktualnie kiedy jestem w trakcie zabiegów laserem na naczynka, także stosuje ją regularnie dla wzmocnienia naczyń krwionośnych.


Czy maska na dłuższą metę pomaga naczynkom i czy zmniejsza ich pękanie?
Przez cały okres systematycznego stosowania (około 3 m-cy) muszę powiedzieć, że zdecydowanie rumień jest mniejszy, nie pojawiły mi się nowe pęknięte naczynka, cera jest mniej czerwona i bardziej wyciszona. Nie liczyłabym tu jednak na jakieś spektakularne działanie. Drobne pęknięte naczynka nie zniknęły, może lekko zbladły. Rumień pojawiający się co jakiś czas nie znikł.
Czy naczynka się wzmocniły? Ciężko stwierdzić. To raczej można obserwować w dłużej perspektywie czasowej. Poza tym sama maska tu nie pomoże. Jeśli chodzi o problem naczynek w zasadzie tylko laser jest skuteczną metodą - skuteczną, ale też nie na wieki...niestety:(

Samo jednak ukojenie skóry, rozjaśnienie jej oraz nawilżenie to dla mnie dużo. 
To jedna z lepszych masek jakie stosowałam od kilku lat.

Kosmetyk zakupiłam w zwykłej osiedlowej aptece za około 15 PLN/75 ml. Myślę, że nie jest trudno dostępny.
W międzyczasie zakupiłam także z tej serii tonik i peeling enzymatyczny.
Ale o tych produktach innym razem:)

Cieszy mnie, że polskie firmy mają w ofercie tak dobre kosmetyki, w całkiem przystępnych cenach.

Podzielcie się swoim zdaniem na temat tej maski, jeśli miałyście możliwość używać. Chętnie poczytam Wasze opinie.


Udanego tygodnia! Ze szczególnym pozdrowieniem dla posiadaczek czerwonych polików:)
Magda

czwartek, 16 lutego 2012

Zakupy...kilka skromnych produktów...i niestety konsumpcja w KFC

Wstaję wczoraj rano a tu za oknem biało:) Pięknie ale perspektywa odśnieżania samochodu mało mnie pocieszyła.
A tu na parkingu miłe zaskoczenie. Wiatr tak wiał, że w zasadzie z ¾ maski samochodu idealnie zwiał śnieg! Huraaaa…!:)

Praca zajęła mi wczoraj tylko 4 godziny, więc wybrałam się pozałatwiać różne sprawy i przy okazji wstąpiłam do warszawskiej Promenady i pobliskiego Centrum Handlowego Gocław.

Ostatnio mało chodzę za zakupy. Przynajmniej nie na duże.
Specjalnie nie buszowałam po sklepach, zaszłam tylko do kilku.


W Naturze zakupiłam peeling enzymatyczny do cery naczynkowej z Floslek. Kosztował 19,49 PLN. Jestem pod wrażeniem maseczki z tej samej serii, dlatego sięgnęłam teraz po drugi produkt.
Poza tym do kasy zabrałam z sobą pomadkę Kobo w kolorze Toffee nr 102 i cień Caffe Late też tej marki. Szminka w odcieniu dla mnie jako rudzielca:) wręcz idealna. Zobaczymy jak się będzie sprawować. Cień zakupiłam w formie wkładu do paletki. Tańsza opcja i praktyczna.

Obejrzałam także szafy Essence i Catrice - ale były tak przetrzebione, że w zasadzie nie było w nich nic:(
Cena: 15,99 PLN
Cena wkładu: 13,99 PLN
 Udałam się także do Super Pharm i zaplanowałam kupić jakiś nowy zapach – ze średniej półki cenowej, ale mimo kilku testów nic jakoś nie zniewoliło mojego węchu, dałam sobie zatem spokój.
Zakupiłam za to tonik – jako uzupełnienie peelingu i maseczki (toniku w Naturze nie mieli). Kosztował 15,99 PLN. W kasie dostałam też dwie próbki nowego podkładu L’Oreal Lumi Magique. Będę testować i dam pewnie znać, choć wydaje mi się, że kolor jaki otrzymałam będzie dla mnie za ciemny. Mam nr 4 – Pure Beige.

Wstąpiłam także na szybko do H&M, ale kompletnie nie buszowałam między wieszakami. Od razu poszłam do działu z koszulkami Basic i wybrałam dwie z długim rękawem i dekoltem w literę V: brąz i ciemny fiolet. Chciałam także zakupić identyczne bez rękawów, ale niestety w każdym kolorze były same rozmiary L i XL. Naszukałam się i nic. Te koszulki uwielbiam, mam kilka i naprawdę są świetne. Trwałe i w przystępnej cenie. Jednak dorwanie rozmiaru S często graniczy z cudem.

Poza tym skusiłam się na pleciony pasek. Na zdjęciu wychodzi na rudy, pomarańczowy, ale w rzeczywistości ma dużo odcienia koralu, brzoskwini - przypomina mi modne niedawno pomadki w takim kolorze:) Ciekawy odcień, rzadki - stąd nie mogłam się powstrzymać.

Bluzki Basic z długim rękawem z H&M po 39,90 PLN. Pasek - 19,90 PLN.
 Diva – to sklep gdzie kupuje głównie jak są promocje. Nie to żeby było tam jakoś koszmarnie drogo, ale bardzo często są duże okazje i w zasadzie sukcesywnie przeceniane jest wszystko. Warto zatem poczekać. Akurat promocji nie było żadnej, kilka rzeczy mi się spodobało – ale na bank zaraz będzie jakaś przecena więc będę cierpliwa:)
Wobec jednych kolczyków jednak nie okazałam cierpliwości i zabrałam je z sobą do domu:) Wisiały jedne samotne i pomyślałam, że do promocji mogą nie doczekać. Niby zwykłe "wkrętki," ale nigdzie takich nie wiedziałam. Pięknie załamuje się na nich światło. Pod słońce czy też w świetle sztucznym wyglądają bajecznie. Mienią się na kilka odcieni, ale nie ma to nic wspólnego z kiczem. Zdjęcie niestety tego nie oddaje.
Kolczyki Diva - 14 PLN.
To takie kolczyki jakie lubię najbardziej, pasują do wszystkiego, każdej stylizacji i dodają uroku oraz rozświetlają twarz. Są także praktyczne. W czasie noszenia czapek, szalików, kołnierzy i innych otulaczy – zbyt długie kolczyki na co dzień mało zdają egzamin. Przynajmniej u mnie.
Płacąc za kolczyki dostałam kupon rabatowy 20% na kolejne zakupy powyżej 30 PLN – ważny do końca lutego. Może skorzystam – zobaczymy.

Przyznaje się też bez bicia, że z racji silnego głodu zahaczyłam o KFC. Mam trochę wyrzuty sumienia, bo unikam takich miejsc jak tylko mogę, ale akurat ich kurczaki lubię – choć tak wiem do zdrowych nie należą. Na usprawiedliwienie dodam, że bywam w takim miejscu góra 2-3 razy w roku.  Nigdy nie biorę frytek, kanapek w bułce itp. Sam kurczaczek mi wystarcza:)

Co ostatnio sobie kupiłyście?

Pamiętajcie unikajcie fast-food’ów!:)


Magda

piątek, 10 lutego 2012

Piątkowy wieczór tylko dla siebie...Domowe SPA, muzyka, książka, herbata i ciepły koc:)

Pewnie większość Was w ten piątkowy wieczór gdzieś baluje, a ja akurat postanowiłam wykorzystać wolny wieczór zupełnie tylko siebie.

Zamierzam nałożyć na siebie to wszystko co widać poniżej
:)
Będzie zatem kąpiel z rozgrzewającym dodatkiem olejku naturalnego pomarańczowo-cynamonowego oraz olejku Nivea. Potem „namaszczę”:) się olejkiem Alverde o ukochanym ostatnio zapachu paczuli i porzeczki.
Po umyciu głowy ostatnim zakupem – szamponem z Garniera - na włosy pójdzie w ruch olejek Vatika i zostanie na nich aż do rana:)

Po standardowym demakijażu i tonizacji twarzy zamierzam zaaplikować sobie maskę Floslek'u do cery naczynkowej.
Będzie to jej pierwszy raz na mojej buzi i zobaczymy jak się sprawdzi. Mrozy ostatnio dały się we znaki moim naczynkom. Postanowiłam zatem działać!:)

Manicure i pedicure zrobione już wczoraj w zaprzyjaźnionym salonie kosmetycznym – więc dziś tylko kąpiel stóp w rozgrzewającej soli cynamonowej z Floslek'u o śmiesznej nazwie serii Dr Stopa + gruba warstwa kremu Lirene z mocznikiem
 + skarpety na lepsze wchłanianie.

Dłonie – ulubiona od lat maska z Oriflame na bazie migdałów i rękawiczki bawełniane na noc.


Dla ducha także coś przygotowałam. Płyta Leszka Możdżera – „Komeda” i powieść C.R. Zafona „Cień Wiatru”.
Do tego angielska herbata przywieziona ostatnio z Londynu – koniecznie z dodatkiem soku wyciśniętego z czerwonego grapefruita. W tle natomiast zapach świeczki cynamonowo-karmelowej z Yankee Candle.

Zapach otula dom niesamowicie a przy tym nie jest nachalny czy sztuczny. Polecam!

Kanapa, poduchy i ciepłe kocyki także czekają cierpliwie na pełne ich wykorzystanie:)
Mój wieczór zatem czas zacząć!

:)


Często znajdujecie czas na takie chwile tylko dla siebie?


Miłego wieczoru

Magda